11/08/2015

My Alpaca - prawdopodobnie najlepsza kołdra na świecie

To post z serii wpisów spontanicznych, dyktowanych chwilą. O cudnych kołdrach My Alpaca wspominałam przy okazji relacji z łódzkich Targów FORMY (przypomnij sobie TUTAJ). Do najtańszych nie należą, to fakt (przykładowo, kołdra w "dorosłym" rozmiarze - 150x200cm - kosztuje 2300,- PLN), ale warto. Piszę tak, ponieważ byłam, zobaczyłam i... wymacałam. 


Mądre kupowanie, czyli "kilka" słów wprowadzenia

Spotkałam się ostatnio z kilkoma wpisami na blogach (głównie TU i TU), których autorki nawołują do rozsądnego inwestowania w przedmioty - rzeczy, teoretycznie zwykłe rzeczy. Czy chodzi o meble, czy o ubrania. Rozumiecie: lepiej kupić coś droższego, ale dobrej jakości, niż tańszego marnej produkcji. Kiedy kilka tygodni temu głowiłam się mocno nad dodaniem do wirtualnego koszyka drogiego swetra dla Małego Johna - za to wykonanego w 100% z wełny merynosów - kwestia "tańsze, czyli droższe" gwałtownie wypłynęła na plan pierwszy, zmuszając mnie do intensywnego namysłu i - w efekcie - pewnego przewartościowania. Otóż...
Dla przykładu, bo na nim zazwyczaj łatwiej wyjaśnić pewne kwestie. Mały John ma swetrów i bluz ogrom, całe dwa rzędy w szufladzie komody. Większość z nich złowiłam na wyprzedażach, część znalazłam w second-handach, a pojedyncze okazy (co ładniejsze - wiecie, takie, co to trudno im się oprzeć) kupiłam po cenie regularnej. I pewnie nic by się w tej materii - moich zakupowych przyzwyczajeniach - nie zmieniło, gdyby nie jednodniowy wypad do Ustronia. To miała być taka nasza namiastka "gór" - wjazd na Czantorię, tor saneczkowy, park linowy, oddychanie powietrzem zlokalizowanym "bliżej nieba"... Na miejscu pojawił się problem. To była końcówka wakacji, świetna pogoda. Kiedy słońce przygrzewało, spokojnie mogliśmy siedzieć na łączce w koszulkach z krótkim rękawem, gdy jednak schowało się za chmurą... Górska specyfika dawała o sobie znać: w momencie robiło się tak chłodno, że przywdziewaliśmy nie tylko swetry, ale i otulaliśmy się kominami czy szalami. A że słońce to się do nas uśmiechało, to znikało... Jak na zapętlonych filmikach, zaciętej taśmie czy spreparowanych gifach, powinnam była to ściągać Johnkowi sweter, to zakładać. To ściągać, to zakładać. I tak co chwila! W efekcie w pewnym momencie machnęłam na wszystko ręką (pozostawiłam Młodziana w bluzie, licząc, że ten kompromis wystarczy), w duchu modliłam się jednak, by nic go (i nas w ogóle) nie złapało. Gdy więc po kilku miesiącach natrafiłam na wspomniany sweter z wełny merynosów (swoją drogą śliczny, więc i Marta-Estetka została usatysfakcjonowana) i zaczęłam czytać o właściwościach tego materiału... Poczułam, że nie mam wyjścia, że zakup będzie jedną z bardziej rozsądnych decyzji. Dlaczego? Ta wełna jest lekka, nie mnie się, w zimie grzeje, w lecie chłodzi, oddycha, nie gryzie, nie elektryzuje się, nie przyjmuje wilgoci i brzydkich zapachów, ma właściwości termoregulacyjne, antybakteryjne i samoczyszczące (sic!). Wniosek? Sweter idealny! Dodatkowo kupiony w rozmiarze, który pozwala na noszenie go teraz, ale i na przyszły rok także będzie w sam raz. Mały John nosi go obecnie niemal non stop, dotarło więc do mnie, że nie potrzebuje tych wszystkich bluz i swetrów - że w ich miejsce wystarczą dwa, góra trzy wyselekcjonowane modele - takie na różne okazje. 
Przykład drugi: buty. Zachęcona designem i promocją, skusiłam się na piankowe tenisówki marki Native. Po raz kolejny o produkcie pisano w samych superlatywach: że lekkie, że szybkie w czyszczeniu, że idealne na różne warunki pogodowe, że antybakteryjne, wegańskie (sic!)... Stwierdziłam, że co mi szkodzi zaryzykować - najwyżej zwrócę. Kiedy jednak dostałam przesyłkę i po raz pierwszy założyłam te buty... Wiedziałam, że nie ma mowy o oddaniu. Najwyżej wymianie na inny model tej samej marki. Lekkie, miękkie, nie czuje się ich na stopie. Przewiewne (mają małe dziurki), sprawdziły się więc w upały, ale sprawdzają się i teraz - zakładam do nich skarpety i jest mi ciepło. Właściwie... od momentu zakupu cały czas (wyłączając momenty, kiedy zależy mi na tym, by wyglądać bardziej elegancko) chodzę właśnie w nich. Co więcej, okazały się idealne w podróży, kiedy nie jest się pewnym, co zaserwuje nam Matka Natura. To na nie postawiłam podczas wrześniowego wyjazdu do Warszawy (TUTAJ), kiedy to weekend miał być na przemian słoneczny i deszczowy. (A moje buty? Dobre i na pogodę, i niepogodę!) Wniosek? Buty codzienne mam, wystarczy jeszcze cieplejsza para na zimę i elegancka na bardziej wyjściowe okazje. I tyle!

Reasumując, mniej znaczy więcej, czyt. mniej rzeczy, ale lepszej jakości. 
Ostatnio pokazywałam na Instagramie stertę ubrań, których pozbyłam się w ramach oczyszczania szafy (uwidacznia się chyba jakieś preludium do syndromu wicia gniazda). W efekcie pozostawiłam tylko te, które lubię, w których rzeczywiście chodzę, te z naturalnych materiałów (Precz poliester i akryl!). Oddałam całe mnóstwo koszulek i topów, które kupowałam właściwie nagminnie, bo "jeśli kosztowały 20 albo 30 złotych, to przecież okazja". Wróć! Znacie to pewnie: szafa pełna ciuchów, a Wy nie macie co na siebie włożyć... Ile razy to przerabiałam! Dlaczego? Bo miałam za duży wybór, jednocześnie niewiele rzeczy pasowało do siebie wzajemnie, co utrudniało podjęcie decyzji (jak rzecz A była w praniu, nie mogłam założyć rzeczy B i tak dalej...). Teraz jest łatwiej, a będzie jeszcze prościej. Zrobiłam listę ubrań na różne okazje, takich zestawów "podstawowych", które pozwolą na różnorodne kombinacje, a jednocześnie zapewnią mi wygodę i komfort noszenia. Da się!


Z szafy na łóżko, czyli przejście do sedna

Kiedy przeczytałam u topowej polskiej blogerki rodzicielskiej (wybaczcie, ale określenie "parentingowy" grzęźnie mi w ustach), że rozważa zakup materacy kosztujących od tysiąca złotych wzwyż... Wykrzywiłam twarz jak typowy milczący hejter (czyt. nie skomentowałam publicznie, ale w myślach... a i owszem!). Dopiero niedawno dotarło do mnie, że może warto zainwestować w produkty tego rodzaju więcej. Taki materac, taka kołdra zostaną z nami na zawsze - jeśli dobierzemy je rozsądnie, jeśli nasz zakup będzie przemyślany. (W ich przypadku trudno np. mówić o przemijającej modzie - te produkty są ponadczasowe i zawsze takie będą!) 
Przykładowo (Ha! Znów ilustracja-egzemplifikacja!), kiedy oddawaliśmy Małemu Johnowi pokój, wiedzieliśmy, że musimy kupić sobie porządną kanapę z opcją spania codziennego (czyt. istotne było wypełnienie, najlepiej sprężynowe, na pewno nie piankowe), bo salon co wieczór będzie stawał się naszą sypialnią. Wydawało nam się, że dokonaliśmy najlepszego wyboru z możliwych (wszystkie założone punkty zostały spełnione), a mimo to śpi mi się niewygodnie. Obawiam się, że w tym przypadku sieciówki - zwłaszcza jeśli ogranicza Cię np. metraż i sofa MUSI mieć tyle-na-tyle - nie dysponują za szerokim wyborem, przez co kiedyś będziemy zmuszeni zmienić mebel - nawet nie dlatego, że przestał się nam podobać czy nie pasuje do wnętrza. Zmusi nas do tego ból pleców...

Podobnie z pościelą. Małemu Johnowi kupiliśmy ikeowską kołderkę, pod którą... nie lubi spać. Przykryje się nią, bo wie, że musi, ale za nią nie przepada. Zresztą nie dziwię się, poniekąd: jest stosunkowo cienka, a mimo to nieco sztywna. Nie jest za miła w dotyku czy miękka, ot, taka kołderka raczej z tych tańszych, tak na "kilka razy", na pewno nie na stałe. W przypadku naszej Córki wiem już, że nie warto inwestować w półśrodki. Albo dobry otulacz, kocyk na "już", albo pieniądze odkładamy, aż się uzbiera. Żadnych tańszych zamienników, to nie ma sensu. W praniu (od tego - szczególnie przy dzieciach - nie uciekniemy) - o ironio! - wychodzą na jaw wszelkie brudne historie: mechacenie, utrata właściwości... 
Mężowi - jeszcze na początku naszego urządzania się - kupiłam w promocji kołdrę wypełnioną w jakimś tam procencie pierzem (nie stuprocentowo, ale i tak wartość była satysfakcjonująca); niosąc ją do domu upchaną w siatce (Tfu! Ogromnej siacie, którą niemal musiałam zarzucić sobie na plecy!), zastanawiałam się, ile kilogramów dźwigam i jak długo będą mnie bolały ramiona (oraz, to tak na marginesie trochę: "Dlaczego to ja ją tacham?!") Ciężka była nie tylko w drodze, ale i w trakcie użytkowania; do tej pory nie potrafię spać w puchowej pościeli, bo albo szybko się pocę, albo przeszkadza mi jej ciężar (albo i to, i to). Męża takie rozwiązanie zadowala, ale i on musi mieć dwie kołdry: letnią i zimową, bo przy cieplejszej wersji szybko się nagrzewa. I ja się pytam: gdzie tu przechowywać to, trzymać? Pierzaści przyjaciele naszego snu wyciągnięci z opakowań wydymają się, puchną, dumni z siebie jak dorodny drób na targowisku próżności. A mnie korci trochę im te pawie czuby utemperować; podobno jestem na nie uczulona.

Z pomocą przychodzi... My Alpaca! Jak wspominałam na wstępie, byłam na targach, widziałam te kołdry i wymacałam. Zarówno produkt finalny, jak i samo włókno, które jest pakowane do środka. I śmiało, z czystym sercem i sumieniem mogę rzec, że to najmilsza wełna, jaką miałam okazję kiedykolwiek dotykać. Miękka, delikatna, jak na wełnę przystało - ciepła. Kołdra My Alpaca - nie dość, że piękna (ręcznie pikowana, do tego ta lamówka - uroczy detal!), jest niezwykle lekka i przyjemna, wprost idealna do otulenia się nią, opatulenia. Oczywiście, przyjemności sensoryczne to jedno, do mnie (zwłaszcza jako matki) przemawiają przede wszystkim względy praktyczne. Warto zwrócić uwagę na właściwości włókien alpaki: zapewniają termoregulację (runo alpaki - z uwagi na klimat, w jakich żyją te zwierzęta - zmienia swoje właściwości w zależności od warunków, a więc alpakowa kołdra dostosowuje się do temperatury ciała!) są hipoalergiczne, zapobiegają rozwojowi roztoczy i mogą absorbować od 15 do 20% wilgoci z otoczenia, dając uczucie suchości. Co ważne: nie uczulają i są rekomendowane przez Polskie Towarzystwo Alergologiczne!
Z doświadczenia wiem, że jeśli kupuje się tanie (to czasem pojęcie względne) kołdry ze sztucznym wypełnieniem, po czasie wymienia się je na nowe, poza tym komfort użytkowania jest mniejszy. A jeśli wydaje się kilkaset złotych na droższe (najczęściej z wypełnieniem z puchu), zwykle ta kołdra zostaje na lata - mąż wziął swoją z domu rodzinnego i zapewne zostanie ona z nami na starość. Jasne jest więc dla mnie, że warto kupić raz a dobrze - jedną, góra dwie kołdry, które starczą nam na całe życie, a które będziemy mogli przekazać w spadku następnemu pokoleniu. Jeśli mam do wyboru puch i włókno alpaki - wybieram alpakę. Przytoczone wcześniej argumenty mówią same za siebie.
Jedyny minus: cena. Ale! Na Westwing ruszyła właśnie kampania z alpaką w roli głównej - produkty marki można kupić z duuużym rabatem! Ja od wczoraj męczę Męża argumentami "za". 
"I tak zamierzałam oszczędzać na nie pieniądze i je kiedyś kupić" - powtarzam mu uparcie. "To jak: lepiej dać za chwilę 2200 złotych czy teraz o 500/600 złotych mniej?" Nawet na targach ze świecą szukać takiej okazji!



http://www.westwing.pl/kampania-my-alpaka-koldry-i-poduszki/


więcej zobaczysz TUTAJ



6 komentarzy:

  1. Marto, wątpię, żeby przy kołdrze z puchu przeszkadzał Tobie jej ciężar - to jest tak lekki rodzaj wypełnienia, że nie ma na to szans, nawet przy dość ciężkiej tkaninie. Mam kołdrę puchową, którą niedawno dałam do czyszczenia i ponownego uszycia. Była tak lekka, że nie czuło się, że się pod czymkolwiek śpi (musiałam ratować się kocami, bo lubię spać pod ciężkim). Teraz jest cięższa, bo panie nie miały tak dobrej tkaniny, ale i tak jest to praktycznie zerowy ciężar. Podejrzewam więc, że kołdry, o których piszesz, to pierze albo co najwyżej półpuch :)

    A jeśli chodzi o przechowywanie, to moja "teściowa" kołdry itp. przechowuje w takich workach próżniowych - wtedy wszystko zajmuje bardzo mało miejsca :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie masz rację, to jest ta kołdra, którą kupiłam mężowi, a stuprocentowego puchu w niej nie ma, jakiś duży procent, ale nie trzycyfrowy. Poza tym ja w ogóle wolę lżejsze, to mój mąż lubi się otulać bardziej "mięsistymi" pościelami, więc coś w tym jest ;)
      Oooo, to dobry patent :) Chyba wreszcie muszę sobie sprawić podobne worki, bo przechowywanie mnie momentami dobija ;)
      Dziękuję Ci za uwagi :)

      Usuń
    2. Sama nie używam, bo mam dość sporo miejsca, ale za każdym razem nie mogę się napatrzeć, jak ona wkłada te kołdry w wór, podłącza do odkurzacza i nagle wszystko się tak magicznie kurczy ;) Myślę, że warto spróbować :)

      Usuń
    3. Miałam to samo, ilekroć widziałam prezentacje na reklamach np. ;)
      Kusi to, kusi... Choć bardziej ciągnie mnie ku minimalizacji ilości rzeczy w miejsce ich przechowywania, chomikowania... Ciekawe, w którą stronę to w efekcie pójdzie ;)

      Usuń
  2. a tak z ciekawości - gdzie kupiłaś młodemu merynosy? :> bo ja na razie tylko w jednym miejscu znalazłam :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pan Pantaloni - kupiłam też czapę z pomponem od nich. Zadowoleni jesteśmy bardzo :) W ogóle ta marka jak dotąd ani razu mnie nie zawiodła; mamy też od nich lniane gaciszcza i cały czas wyglądają świetnie.

      Usuń