Moje śniadanie? Kawa!

6/22/2017

Moje śniadanie? Kawa!

 - Śniadanie? Och, wypijam kawę na szybko i biegnę do pracy! - usłyszałam od kilku swoich koleżanek. Kiwałam wówczas potakująco głową, doskonale rozumiałam bowiem potrzebę zażycia kofeiny o poranku. Jedno nie dawało mi spokoju: ssanie w żołądku. Czy one nie były głodne? Tak... po prostu?

Z jednej strony zainspirowana, z drugiej zadziwiona, postanowiłam wymyślić wersję, która byłaby wyśmienitym kompromisem: pomiędzy zdrowym, zbilansowanym śniadaniem, a... wyłącznie filiżanką kawy. Mój pomysł? Podrasowana kawa śniadaniowa!



Składniki:
 - świeżo zaparzona kawa (w proporcjach, które lubisz)
 - mleko (u mnie sojowe)
 - śmietana
 - Lubella Corn Flakes Kakao i Miód - łączące w sobie kukurydzę, naturalny miód oraz prawdziwe, intensywne kakao
 - dodatki (u mnie nasiona chia, smoczy owoc, banan)

Wykonanie:
Zrób sobie kawę, najlepiej latte - mleko może być spienione. Możesz dorzucić banana i całość zmiksować dla uzyskania konsystencji kremu. Do słoika z uchem, dużego kubka albo szklanki wlej mleko, wsyp 2 lub 3 łyżeczki nasion chia i poczekaj, aż napęcznieją. W moździerzu (albo w zamkniętej saszetce czy woreczku) pokrusz dużą ilość płatków Lubella Corn Flakes Kakao i Miód, po czym delikatnie wsyp na warstwę puddingu z nasion chia - dzięki nim śniadaniowa kawa będzie miała urozmaiconą teksturę, dodadzą jej chrupkości i oryginalnego smaku. Na kruchą warstwę przelej kawowo-bananowy krem. Śmietanę ubij i zwieńcz nią napój - będzie wyglądała pięknie, wyciśnięta przez szprycę cukierniczą! Całość udekoruj płatkami Lubella Corn Flakes Kakao i Miód oraz gwiazdkami wyciętymi z plasterków smoczego owocu (prawda, że ten owoc idealnie komponuje się z puddingiem z nasion chia?).





Post powstał we współpracy z marką Lubella.

DIY na Dzień Ojca: Kocham Cię taaaaaaaak bardzo!

6/21/2017

DIY na Dzień Ojca: Kocham Cię taaaaaaaak bardzo!

Ostatnio na rodzicielskich grupach facebookowych nie brakuje pytań w rodzaju: A co Wy, mamusie, robicie dla Waszych mężów na Dzień Ojca? I chociaż nie zgadzam się z konstrukcją tego pytania (Jak to - mamy przygotowują coś mężom? Ale to przecież dzieci powinny!), prawda jest taka, że jako mamy pomagamy naszym pociechom: albo z wykonaniem, albo podsuwając pomysł. Cóż. Ponieważ bywam trudnym przypadkiem matki, tzn. lubiącym dorzucać swoje "3 grosze" (ja wiem, żadne to wychowanie w duchu Montessori, szlag), i zarzuciłam koncepcją, i pomogłam z realizacją.

Ale do rzeczy.

Dzisiaj proponuję Wam szybki i prosty sposób na uroczą i nietuzinkową kartkę z okazji Dnia Ojca.

Co będzie potrzebne?
 - kolorowy papier (albo biały, pokolorowany lub pomalowany - skorzystamy z techniki à la Eric Carle)
 - nożyczki
 - klej
 - ołówek albo kredka
 - flamaster

Wykonanie:
Ołówkiem lub kredką odrysujcie zarys i prawej, i lewej ręki dziecka. Może ono to zrobić samo, możesz mu też pomóc. Wytnijcie kształt.



w tle książka "Rok w mieście" Katarzyny Boguckiej - otwarta na miesiącu "czerwiec", przecież ;)

W naszym przypadku dłonie były dwie: Małego Johna (zielone) i Lady Marion (pomarańczowe). Żeby stanowiły jedno, skleiłam je ze sobą (patrz zdjęcia poniżej). 

Pora na harmonijkę. Z papieru wytnijcie podłużny pasek - można skleić kilka, by harmonijkę wydłużyć. Gotowy pasek zginamy, by otrzymać pożądany kształt.


W tle książka "Miłość" Astrid Desbordes i Pauline Martin - uwielbiamy ją!



Harmonijkę przyklejamy do dłoni. Istotne, by dłonie składały się razem, a kciuki były z góry. Spójrzcie na swoje ręce, gdy składacie je do modlitwy albo klaskania: palce prawej i lewej ręki odpowiadają sobie wzajemnie, kciuk, palec wskazujący serdeczny itd. dotykają się. Właśnie o ten efekt nam chodzi.

Harmonijkę wklejamy do środka.



Wpisujemy życzenia.
Na dłoniach (górnej części): Kocham(y) Cię, a w miejsca powstałe po rozwinięciu harmonijki: ...taaaaaaak bardzo! (ilość "a" uzależniona od długości harmonijki ;)). Z tyłu (z drugiej części dłoni) możecie wpisać imiona dzieci i datę - przy okazji zachowacie ślad rozmiaru ich dłoni ;).



Gotowe!


zmiany na blogu

6/15/2017

zmiany na blogu

Zwyczajowo przeprowadza się je przy okazji urodzin: czy to własnych, czy bloga właśnie. Albo wykorzystuje początek roku - przecież to wyśmienity moment na "nowy start", prawda?
A ja pod prąd. Nietypowo. Blog urodziny (Siódme! Szczęśliwe? ;)) obchodziłby w listopadzie - cóż to za data? Tak blisko Bożego Narodzenia... Okres gorący, niekoniecznie z czasem na testowanie nowych pomysłów szablonowo-social-mediowych. 
Nawet telewizja przyzwyczaiła widzów do tego, że nowa ramówka pojawia się na początku roku: albo szkolnego, albo kalendarzowego. W wakacje posucha. Ale, ale! Skoro jednak jedna ze stacji zdradziła niedawno, że taki "Projekt Lady" dobrze jest rozpoczynać w połowie czerwca, bo i oglądalność duża, dlaczego ja nie miałabym się uśmiechnąć pod nosem, chcąc wprowadzać zmiany przed wakacjami?

Niedawno blog zmienił adres - pozbyłam się wreszcie blogspotowego ogonka i posiadam własną domenę: hoo-hooo-things.pl. Dlaczego Hoo Hooo? - to pytanie pojawiło się przy mojej ankiecie dotyczącej adresu i w zasadzie wymaga pewnego dookreślenia. "Hoo-hooo" to nic innego, jak... odgłos sowy. (Nie Mikołaja! :P Choć zamierzam to w grudniu wykorzystać ;)) Dlaczego dwa "o", a potem trzy? Bo jeśli wsłuchacie się w dźwięk wydawany przez sowę, dostrzeżecie (ha, ciekawa gra słowna ;)), że drugie "hooo" jest nieco dłuższe - o to jedno "o" właśnie ;). 

tę latającą sowę znajdziecie w menu bloga - po przewinięciu strony w dół, Petronela frunie z logo do menu ;)

Tyle odnośnie nazwy.

Zmianie uległ również szablon.
Obecnie jest bardziej intuicyjny i praktyczny. Poprzedni był mocno blogowy, bez odnośników do innych wpisów, przez co poruszanie się po nim było utrudnione. Mam nadzieję, że teraz będzie Wam łatwiej!

W górnym menu znalazły się wysuwane kategorie: "tematy" oraz "Jak wykorzystać...?". W tematach znajdziecie dziedziny, o których najczęściej piszę na blogu, natomiast w "Jak wykorzystać..." uporządkowałam pomysły na wykorzystanie różnego rodzaju materiałów: od zwykłego papieru, po masę plastyczną (rozumianą szeroko: od gliny, po masę solną, np.). 

Odniesienia do kategorii znajdziecie również poniżej, w sekcji nad zdjęciami z IG:


Znajdziecie tam kategorie: 
  • DIY - przeniesie Was do różnych projektów krok po kroku - od zabawek, po dekoracje na przyjęcia
  • domek dla lalek - my precious, prezent na moje trzydzieste urodziny (ode mnie samej ;)). Lubię pokazywać go w różnych odsłonach - bardziej i mniej poważnych, czasem natchnieniem jest jeden przedmiot albo pora roku czy jakieś święto.
  • Klinika dla zabawek - Już jako dziecko ratowałam zabawki, miałam nawet Biuro Naprawy Rzeczy Znalezionych! Siostra i kuzynka przynosiły mi przybrudzone lalki, misie z naderwanymi kończynami albo uchem, poplątane bransoletki. A ja siedziałam i jak świstak naprawiałam. W Klinice pokazuję, że warto dać zabawce drugą (trzecią, czwartą...) szansę!
  • moje prace - Swego czasu mówiłam, że cierpię na syndrom niespokojnych nóg i rąk. Nóg, bo udzielałam się w zespole tańca irlandzkiego, a rąk, bo od zawsze musiałam coś kleić, rysować, wycinać, składać... W tej kategorii pokazuję przedmioty przeze mnie wykonane: od większych projektów, po mniejsze.
Dodatkowo znajdziecie odniesienia do postów, które polecam oraz tych niedawno publikowanych na blogu. Wreszcie dorobiłam się również ramki "podobne posty" pod każdym wpisem - bardzo mi jej brakowało!

Mam nadzieję, że nowy szablon  przypadnie Wam do gustu i pozwoli lepiej korzystać ze strony i inspirować się, bo szczególnie o to mi chodzi!

Hoo Hooo things to blog o pomysłach i rzeczach, że hoo-hooo! - chcę Was inspirować, pokazywać piękne przedmioty, które albo możecie wykonać sami, albo które pobudzają szare komórki, udowadniają, że ludzka wyobraźnia jest potęgą. 

Na Facebooku utworzyłam również Hoo Hooo grupę (TUTAJ), która ma służyć szeroko pojętej motywacji: i do działania, ale przede wszystkim do życia, po prostu. Cieszenia się każdym dniem, czerpania radości z tego, co przynosi nam codzienność. To trochę przedłużenie tego, co chcę prezentować na blogu i Instagramie - a chcę przekazać uśmiech, nowy pomysł, udowodnić, że przy odrobinie dobrych chęci można zaczarować świat. Wystarczą dwie ręce, uśmiech i głowa pełna pomysłów!

To jak, działamy razem? :D 

atak wymarłych jaszczurów

6/10/2017

atak wymarłych jaszczurów

Nieudany eksperyment szalonych naukowców!, Kościste bestie atakują! czy Atak jaszczurów-zombie! to tylko niektóre z nagłówków lokalnych gazet.

Trudno dociec, skąd ożywione szkielety wymarłych gadów znalazły się w naszym miasteczku i dlaczego różowy dom na przedmieściach wzbudził ich zainteresowanie. Ustalenia trwają.

szybki obiad na piątek: pieczona ryba (moja wersja fish&chips)

6/09/2017

szybki obiad na piątek: pieczona ryba (moja wersja fish&chips)

Raczymy się nią co piątek, od czasu do czasu zmieniając gatunek ryby. To proste i smaczne danie, a jeśli nie będziemy oszczędzać na produktach (czyli kupimy filet dobrej jakości, nie pangę, mintaja czy innego rodzaju "wodniste" mięso, efekt masowej produkcji ze wszystkimi tego konsekwencjami) również zdrowe. 

Składniki:
 - filet ryby dobrej jakości
 - masło
 - cytryna
 - koperek (świeży lub mrożony*)
 - pieprz cytrynowy (gotową mieszankę można kupić w sklepie, ale uczulam na skład! - zdarzały się takie, w których dominowała... sól! - nieświadoma tego dosalałam jeszcze rybę, przez co wychodziła przesolona... Przykra niespodzianka!)
 - sól (ja używam himalajskiej różowej, gruboziarnistej)

* Koperek można spokojnie mrozić, nie straci na aromacie. Świeży możemy drobniej pokroić albo po prostu pourywać co większe gałązki, poporcjować, włożyć do woreczka foliowego albo małego pojemniczka i do zamrażalki. Będzie jak znalazł przy okazji najbliższego piątku!

Rybę opłucz, osusz. Ułóż w naczyniu żaroodpornym (albo na folii aluminiowej), oprósz solą (u mnie to garść grubych, różowych ziaren) i pieprzem cytrynowym. Porozkładaj równomiernie gałązki koperku, gdzieniegdzie umieść "kleks" lub małą kosteczkę masła. Połowę cytryny pokrój w plastry i udekoruj nimi rybę.

(Naczynie żaroodporne zamknij; jeśli pieczesz w foli, jej boki zawiń, otulając rybę - nożem delikatnie nakłuj folię w kilku miejscach, by ciepłe powietrze miało ujście.)

 tutaj ryba ze świeżym koperkiem:
projekt "ŁAZIENKA" (cz. 5) - Jak (nie) malować kaloryfer? Dramat w sześciu aktach.

6/02/2017

projekt "ŁAZIENKA" (cz. 5) - Jak (nie) malować kaloryfer? Dramat w sześciu aktach.

Witamy Państwa serdecznie w Teatrze Satyry, Komedii i Dramatów Ludzkich! Dzisiejszy wieczór będzie obfitował w emocje! Zapewniamy: pot, łzy, wiersze po łacinie, intrygujące tête-à-tête z opalaniem natryskowym oraz rendez-vous pary małżeńskiej z... wilgotną ścierą nasączoną Cifem. 

Ciekawi?
A więc kurtyna w górę!

projekt "ŁAZIENKA" (cz. 4) - malowanie płytek, czyli mój romans z wałkiem

5/30/2017

projekt "ŁAZIENKA" (cz. 4) - malowanie płytek, czyli mój romans z wałkiem

Nim pochwalę się efektem końcowym, czyli metamorfozą łazienki, wypada, bym wspomniała o najważniejszym etapie: malowaniu glazury. Animuszu dodały mi blogowe koleżanki, które udowadniały, że remont łazienki można przeprowadzić bez kurzu i pyłu, skuwania kafelków i całej tej - powiedzmy to głośno czy tam napiszmy wyraźnie - zniechęcającej otoczki. Bo właśnie: takie remonty łazienek - konkretnie tego miejsca w domu lub mieszkaniu - przeprowadza się bardzo rzadko, najczęściej na samym początku i... na tym koniec. Dlaczego? Ponieważ wizja wymiany płytek jest na tyle paraliżująca, że potrzeba mocnych argumentów, by się na to zdecydować. Dlatego tak ucieszyły mnie realizacje koleżanek, które płytki malowały. Zazwyczaj po weekendzie pracy powstawała nowa łazienka - bez kucia, bez pyłu!

W zeszłym roku kupiłam więc farby i... czekałam na przypływ odwagi. Do działania pchnęła mnie w zasadzie nasza spółdzielnia mieszkaniowa, która w marcu tego roku przysłała do nas (i nie tylko nas) robotników wymieniających pion kanalizacyjny. Nasze obecne płytki zostały w kilku miejscach zniszczone, zagładzie uległa również obudowa światła na suficie (Uff! Pisałam o niej TUTAJ, we wstydliwych zwierzeniach, co to nam w mieszkaniu nie gra). Nie było wyjścia - albo teraz, albo nigdy. Braki glazury uzupełniliśmy zapasami z komórki, zabudowę całkowicie rozmontowaliśmy. Mąż zrobił nową, według mojego projektu i według instrukcji z... You Tube'a. Szczerze? Poszło mu lepiej niż tym, którzy robili poprzednią, więc z filmików naprawdę można się wiele nauczyć! (To tak motywująco, co by nikt już się nie wykręcał, że się nie da abo że kogoś nie stać na fachowców czy np. odpowiednie warsztaty.)

malowanie płytek łazienkowych
co, jak i dlaczego


Korzystałam z dwóch (a w zasadzie trzech) rodzajów farb:
 - Flügger Flutex 10 (odcień Calm White)
 - V33 Renowacja Płytki ceramiczne Łazienka & Kuchnia (Biały)
 - V33 Renowacja Kuchnia & meble kuchenne (Czarny)

Płytki sąsiadujące z wanną czy umywalką, a więc najbardziej narażone na kontakt z wodą, chciałam pokryć farbą specjalnie do tego przygotowaną - a więc renowacyjną V33 Płytki ceramiczne Łazienka & kuchnia. Pozostałe dwie, dla (jak sądziłam) zaoszczędzenia, chciałam pokryć Flüggerem Flutex 10 - farbą nadającą się na różnego rodzaju powierzchnie domowe. Natomiast farbę V33 Renowacja Kuchnia & meble kuchenne kupiliśmy wyłącznie dlatego, że... jako jedyna z renowacyjnych była w kolorze czarnym, którego potrzebowałam do pokrycia dolnej części ściany. A że jako rodzicom rzadko udaje nam się wyskoczyć do sklepu wspólnie, chcieliśmy wykorzystać sytuację i dokonać wyboru szybko - już!

Dlaczego akurat te farby?
Pierwotnie zamiast farb renowacyjnych V33 chciałam nabyć farbę Hydropox marki Noxan - zrobiłam swego czasu research, z którego wyszło, że to najlepsza farba do płytek sąsiadujących z wodą, ba! do pomalowania wnętrza kabiny prysznicowej również! O ile producent V33 nie zaleca stałego kontaktu pomalowanej powierzchni z wodą, Noxan tego problemu nie ma. Farba jednak (posiłkuję się tutaj wyliczeniami producenta) zapewnia krycie na poziomie 5-6 m²/kg farby przy jednej powłoce, podczas gdy V33 to już ok. 12 m²/l, a dla Flüggera Flutex 10 8-10 m²/l. Ok., znamy obiecywaną wydajność, a jak wygląda:

Cena za farbę? 
  • Noxan Hydropox: od 98,00 PLN/kg (informacje ze strony oficjalnej producenta, przy zakupie większej ilości farby cena maleje, przy czym kolejne pojemności to 4kg w cenie od 258 złotych i... 15kg z ceną brutto blisko tysiąca)
  • Farba renowacyjna V33 Płytki ceramiczne: 94,68 PLN za 0,75l (koszt 1l: 126,24 PLN), przy czym 2l kosztują już 128,00 PLN (co daje koszt 1l: 64,00 PLN) (Castorama, zakupy własne marzec/kwiecień 2017)
  • Farba renowacyjna V33 Kuchnia i meble kuchenne: 65,98 PLN za 0,75l (ok. 88,00 PLN za 1l; przy zakupie większej ilości farby cena maleje, ale nam wystarczyło wiaderko o właśnie takiej pojemości) (Castorama, zakupy własne marzec/kwiecień 2017)
  • Flügger Flutex 10: od 54,99 PLN za 0,7l (78,55 PLN za 1l) - dane ze strony producenta - skorzystaliśmy z promocji w salonach marki i kupiliśmy wiaderko 0,7l za 31,82 PLN (45,45 PLN za 1l)

Mistrzem matematycznym nie jestem, ale stwierdziłam, że Flügger Flutex 10 wychodzi w zestawieniu najbardziej korzystnie (wtedy jeszcze nie brałam pod uwagę promocji, o której dowiedziałam się potem), wobec czego to tę farbę wybrałam na ściany niesąsiadujące z wodą. Ponieważ cena farby Hydropox w połączeniu z mniejszym kryciem nieco mnie odstraszyła, wybrałam rozwiązanie tańsze, jak i spopularyzowane wśród koleżanek blogowych: farbę V33.

Wrażenia z korzystania z farb:
  • Flügger Flutex 10 - farba gęsta, matowa. Miała wyczuwalny zapach, ale nie jakoś szczególnie przeszkadzający (mój tata nazwał go nawet przyjemnym). Malowało się nią wygodnie, nie spływała ze ścian, nie musiałam jej szczególnie wyrównywać (chyba że położyłam jej gdzieś więcej - wówczas było to konieczne dla uzyskania estetycznego efektu). Nie byłam szczególnie zachwycona kryciem, ale gdy przeszłam do V33... to po prostu była wina ciemnych kafelków, nie farby. Krycie Flutexa to całkiem niezły poziom - korzystając z pędzla (nie wałka!), już w 2 albo 3 warstwach mogłam uzyskać pełne krycie. Niby nic szczególnego? Cóż - stara łazienka zniknęła pod 5 albo 6 warstwami farby V33 malowanej wałkiem (sic!), więc to chyba całkiem niezły wynik.
matowa biel
  •  V33 Renowacja Płytki ceramiczne Łazienka & kuchnia - Pierwsze nasze podejście nie było najlepsze. Farba jest dwuskładnikowa - zawartość malutkiej saszetki należało przelać do pojemnika z farbą i dokładnie wymieszać. Problematyczny okazał się właśnie ten dodatkowy składnik (gwarantujący nam potem właściwości farby, więc konieczny) - jego zapach był nieprzyjemny, ostry, a farba po zmieszaniu z nim... cała nim śmierdziała. Po chwili przyzwyczaiłam się do tej woni, ale pierwsze wrażenie nie należało do przyjemnych. Niemniej, coś za coś - jeśli farba ma pokryć glazurę, musi mieć wsparcie. W takich chwilach zaciska się zęby i działa. Malowanie farbą zaczęłam od nałożenia warstwy na płytki nieco już wybielone Flutexem 10. Pierwsza myśl? O matko, przecież to w ogóle nie kryje! Farba była rzadsza, odniosłam wrażenie, że "spływa" po ścianie. "Doskonałe KRYCIE", wyczytałam przecież na opakowaniu - wtedy miałam ochotę prychnąć! Pomogła moja chrzestna, która przyjechała pewnego sobotniego przedpołudnia z własnymi wałkami - lepszymi o niebo! - i zabrała się za malowanie. Po jej zabiegach i dwóch warstwach farby ściany prezentowały się o niebo lepiej, choć wciąż wymagały wybielenia. Tak więc doświadczenie, odpowiednie narzędzia i technika pracy bywają decydujące!
biel satynowa z połyskiem
  •  Farba renowacyjna V33 Kuchnia i meble kuchenne, której użyłam do pomalowania dolnej części ścian w łazience. Jak wspomniałam, wybraliśmy z mężem właśnie tę farbę (Do mebli kuchennych, a my tu będziemy płytki malować!), bo jako jedyna z renowacyjnych była tego dnia dostępna w sklepie w kolorze czarnym. Doświadczona poprzednią farbą, nie miałam większych problemów z aplikacją. Wybrany odcień okazał się być wybawieniem: przy 5 czy 6 warstwach białej farby, czarnej wystarczyły tylko dwie - tak jak sugerował producent!


Czas więc na kluczowe pytanie:

Jak to wyszło?
Zaczęłam od ścian niesąsiadujących z wanną czy umywalką, więc sięgnęłam po białą Flügger Flutex 10. Na początku należało, oczywiście, zastosować metodę 3xO: płytki oczyścić, odtłuścić i osuszyć. Dopiero potem, bez podkładu, można było nakładać farbę. Udało mi się pomalować nią ściany dwa razy, nim... wiaderko opustoszało. Okazało się, że ciemny turkus glazury pokrywającej łazienkę był prawdziwie trudny do zakrycia. Zamiast kupować kolejne wiaderko Flutex 10 (promocja była jednodniowa, ech ;)), otworzyłam farbę, którą miałam na podorędziu: białą renowacyjną V33 Płytki ceramiczne. Ściany sąsiadujące z wanną i umywalką wciąż czekały na swoją kolej, zabrałam się za te już wybielone. Pierwsze wrażenie z użycia V33 opisywałam powyżej: ogółem, nie powalało. Przybita, szukałam wsparcia w grupach wnętrzarskich na Facebooku - doświadczenia z farbą bywały różne, jednak nikomu się ona nie "lała". Kilka dni później - dzięki chrzestnej - dowiedziałam się, że albo nie dość dobrze wymieszałam oba składniki, albo używałam złego wałka (jej był o wiele lepszy - z mniejszą średnicą i dłuższym włosiem). Weekendowe malowanie poszło sprawnie - pokryłyśmy białą farbą wszystkie ściany, a łazienka wreszcie zaczęła przypominać lepszą wersję siebie! Ciemny turkus wciąż jednak przebijał, więc musiałam nałożyć dodatkowe warstwy farby. Ogółem wyszło ich ok. 5-6.

z lewej stare kafelki, z prawej pomalowane 3 warstwami białej farby:



 




Już wyjaśniam powyższy brak farby w dolnej części ścian. 
Malowałam łazienkę na biało do pewnego momentu, dół chciałam mieć czarny, by nieco zróżnicować przestrzeń. Gdy więc pokryłam ściany na biało, mogłam przystąpić do malowania na czarno. Zabezpieczyłam do tej pory pomalowane kafelki taśmą malarską i przystąpiłam do pracy. Tu było łatwiej. Czarna farba łapała wyśmienicie, po dwóch warstwach było po sprawie!




Żeby przejście między płytkami było jak najbardziej estetyczne, użyłam Frog Tape - w porównaniu do standardowej taśmy malarskiej, ta nie pozostawia wrażenia "włosków".
Nie zrobiłam tego jednak wszędzie (na pewnej powierzchni posiłkując się zwykłą taśmą malarską) i różnica, choć kosmetyczna, jest dostrzegalna.





Co poszło nie tak?
czyli ucz się na cudzych błędach

Jako mądra, doświadczona, oczytana kobieta, wiedziałam, że przed malowaniem należy zabezpieczyć wszelkie powierzchnie, które pomalowane być nie mają. Wyposażona w sprzęt, jeden z lepszych na rynku (zielona Frog Tape do zadań specjalnych) oraz zwykłą taśmę malarską, uderzyłam i obkleiłam wystające obiekty: włączniki, krany, wieszaki i tym podobne. Robiłam to dokładnie, a po wszystkim byłam z siebie bardzo dumna. 






Byłam z siebie dumna do czasu, gdy po zakończeniu malowania zdarłam taśmy.
Widać nawet wrodzony czy nabyty perfekcjonizm nie uchroni przed wpadką. Wydawało mi się, że obklejałam - takie włączniki dajmy na to - dokładnie. A tu masz!
Moja rada: wymontuj, rozkręć, odkręć wszystko to, co możesz, nim przystąpisz do malowania. Zaoszczędzisz sobie dodatkowej pracy!





Malowanie przestrzeni między kafelkami.
Na samym początku malowałam fugi ("obramowanie" płytki), dopiero potem resztę ("wypełnienie" płytki) - kiedy chciałam pomalować całość od razu, wałek zabierał mi farbę z krawędzi płytki (zły wałek, zły!).



zaznaczone krawędzie, gdzie prześwituje stary kolor glazury - wałek zbierał farbę z tego miejsca, niestety
Moja metoda nie była jednak najlepsza. Malowałam wtedy Flutexem 10 - farbą gęstą. I choć pięknie pokrywała mi płytki, nie wzięłam pod uwagę, że moje piękne "ramki"... będą później widoczne. Używałam dwóch rodzajów farb - to dlatego. Gęsty Flutex pokrywałam nieco bardziej rzadką V33. Miejsca, które po wypełnieniu fug farbą, malowałam potem raz czy dwa Flutexem, wyglądały lepiej. Moja rada: malując dany fragment ściany, maluj jednym rodzajem farby, nie mieszaj ich!

widoczne ślady pędzla i farby naniesionej z jego pomocą; nie udało się ukryć tych warstw ("obramowania") pod kolejnymi warstwami farby - tym razem V33

Problematyczny był również wałek. Jak wspominałam, moja chrzestna przyszła ze swoimi narzędziami, w tym wałkiem z grubym włosiem, który miał mniejszą średnicę od tego, którego używałam do tej pory. Okazało się, że jej wałek świetnie radził sobie z malowaniem fug, czego mój nie potrafił! Wystarczyło na początku mocniej przycisnąć wałek do ściany (zagłębienia między kafelkami), a potem pomalować resztę powierzchni. Łatwo, szybko i przyjemnie!

ściąganie silikonu z krawędzi wanny i malowanie tamtej przestrzeni
Niby nic, prosta sprawa: albo nożykiem (delikatnie, żeby nie uszkodzić glazury), albo za pośrednictwem specjalnego preparatu. My wybraliśmy nożyk - bo był na miejscu, bo szybciej. Mąż dłubał sobie przy ścianie i wydłubał, ja wszystko pięknie wymyłam, osuszyłam, siadłam do malowania i... [wymowne milczenie] Nie wiem, czy to była moja wina, czy fakt, że nie użyliśmy specjalistycznego preparatu, a więc niewidoczne końcówki silikonu wciąż czepiały się ściany. (Producent V33 wyraźnie ostrzega: farba nie pokrywa silikonu!) W efekcie farba w ogóle nie chciała trzymać, dosłownie spływała z tego kawałka ściany. Na całe szczęście mogliśmy machnąć na to ręką, bo i tak ta przestrzeń wymagała powtórnego pokrycia silikonem.


Na dziś to tyle.
Ekipa remontowa Nefertari & c.o. dziękuje za uwagę, a w godzinach urzędowania przyjmuje wnioski, skargi oraz zapytowywania.

cdn.
...a w kolejnych odcinkach dowiesz się, dlaczego przy malowaniu kaloryfera warto zamknąć się w klatce oraz co się - do diabła! - stało z podłogą?!

Zapraszam!

 do tej pory w projekcie "ŁAZIENKA":