Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miejsca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miejsca. Pokaż wszystkie posty
Zatorland - ruchome dinozaury i atrakcje dla rodziny - czy warto, ile to kosztuje i czy polecamy?

8/11/2019

Zatorland - ruchome dinozaury i atrakcje dla rodziny - czy warto, ile to kosztuje i czy polecamy?

Planujecie spontaniczny wyjazd z dziećmi do parku rozrywki? Zatorland szczyci się tym, że jest największym w Europie parkiem ruchomych dinozaurów. Jak jest naprawdę? Jakie atrakcje są w ofercie, ile to kosztuje i czy w ogóle warto? Jako rodzice fana dinozaurów, musieliśmy sprawdzić!


Dresdner Striezelmarkt - najstarszy jarmark świąteczny na świecie  + CANDY

12/27/2017

Dresdner Striezelmarkt - najstarszy jarmark świąteczny na świecie + CANDY

I po Świętach... Nie lubię tego, w jak szybki sposób mijają te leniwe, rodzinne godziny... Chciałabym zatrzymać czas... Dlatego też postanowiłam opublikować wspomnienie z wyjazdu do Drezna - spędziłam tam cały dzień na tydzień przed Bożym Narodzeniem. 
Powspominajcie ze mną i razem poczujmy raz jeszcze świąteczną atmosferę! :)

Dresdner Striezelmarkt, czyli Jarmark Struclowy, to najstarszy jarmark bożonarodzeniowy w Europie, a chyba nawet na świecie! Jak przystało na miejsce z tak długą tradycją, wszystko było tam zapięte na ostatni guzik - począwszy od organizacji, przez dekoracje. Zachowano pewien starodawny klimat, który dodawał uroku temu miejscu - scena była drewniana, artyści przebrani w odpowiednie stroje (nie było metalowej sceny ze światłami, bardzo współczesnej, na której jakiś zespół grałby disco polo albo coś takiego - to przecież zepsułoby cały efekt). W drewnianych domkach można było odbyć warsztaty wypieku świątecznych ciast lub ciasteczek albo przygotować dekoracje. Nie zabrakło teatru lalek (takich w okienku, z żywymi reakcjami dziecięcej publiczności), a św. Mikołaj przyjechał popołudniu odsłonić kolejne okienko w kalendarzu adwentowym. 15 grudnia symbolem w okienku była gwiazda - popularny w tamtej okolicy symbol (można było nabyć ją na straganach albo obejrzeć podświetloną w oknach drezdeńskich rodzin). Była przepiękna, piętrowa karuzela (dosiadłam smoka!) oraz niewielki, za to pędzący diabelski młyn (ciekawe, że dopiero jak sama się przejechałam i piszczałam, zaczęłam słyszeć piski innych - wcześniej może posłużyłyby za ostrzeżenie ;)).


siła spojrzenia - moc wyobraźni - potęga ludzkiego ducha (czyli opowieść o tym, jak poszłam z synkiem do muzeum)

8/08/2017

siła spojrzenia - moc wyobraźni - potęga ludzkiego ducha (czyli opowieść o tym, jak poszłam z synkiem do muzeum)

Kultura, głupcze! - mogłabym krzyknąć na wstępie; a kto mi zabroni, wszak jestem dyplomowanym kulturoznawcą, robię nawet doktorat z tej dziedziny.
Nie chcę jednak zaczynać od krzyku, od wyzwiska. Po tak mile spędzonym dniu uśmiecham się sama do siebie i tym dobrym samopoczuciem chcę zarazić innych!

Jak to się stało, że spędziłam wspaniałe dwie godziny z synem, chociaż obawiałam się wyjścia z domu, podróży i tego, co wyjdzie z "chorego" pomysłu "zwariowanej" matki? (Cudzysłów jak najbardziej na miejscu!) Otóż...

Zabrałam syna do muzeum/galerii sztuki.

cykl fotograficzny "pod Twoją obronę", czyli wakacje na wsi

8/01/2016

cykl fotograficzny "pod Twoją obronę", czyli wakacje na wsi

Tydzień temu wracaliśmy z województwa świętokrzyskiego na "nasz" Śląsk. Spędziliśmy cztery dni na polskiej wsi - mieścinkach schowanych między polami i laskami i nieco większych wsiach, do których prowadziła niedawno wyremontowana droga.
Polska wieś jest specyficzna, a typowe chatki czy domki tym bardziej. Może z racji wykształcenia (kulturoznawstwo), może z uwagi na odwieczne (?) zamiłowanie do tego, co naznaczone patyną, kojarzące mi się z przeszłością (jako dziecko uwielbiałam spacerować po skansenach i żałowałam, że żyjemy w obecnych czasach), z zauroczeniem przyglądałam się drewnianym stropom, podwójnym drzwiom, zabytkowemu (jak mniemam) przedstawieniu Najświętszej Panienki umieszczonym na ścianie w pochyleniu - by patrzyła na modlącego się mieszkańca...
A potem, nieco z przypadku, zrobiłam kilka zdjęć, które - w zaprezentowanej poniżej trójcy - utworzyły fotograficzny cykl "pod Twoją obronę". (I sprawiły, że rozochociłam się i zapragnęłam tworzyć więcej reportaży tego rodzaju...)
Córka odłożona na moment, bym mogła sięgnąć po plecak i zmienić jej pieluszkę... Synek trwający jeszcze we śnie; od czasu do czasu przekręcający się z boku na bok, nieświadomie (bo we śnie) poprawiający sobie śpiące pod jego pachą pluszaki... Mąż przecinający pustą przestrzeń między dwoma skrzydłami... Wszystkie te kadry łączy symbol; umieszczony wysoko, tuż pod sufitem, jako znak i zabezpieczenie. Jako modlitwa.



 

PS. Czy dostrzegacie na ostatnim ze zdjęć kapcie Małego Johna? Uśmiechnęłam się pod nosem, widząc je już na monitorze. Czy nie przypominają Wam logo pewnej sieci "restauracji"? ;) Ot, takie moje kulturoznawcze zboczenie - skojarzenie. Dołączając fakt, że to Crocsy, w dodatku z wizerunkiem Batmana, można pokusić się o mniej lub bardziej udaną analizę czy interpretację kulturoznawczą... ;)

post został pierwotnie opublikowany
na moim blogu rodzicielskim, TUTAJ

Międzynarodowe Centrum Kongresowe w Katowicach

6/16/2016

Międzynarodowe Centrum Kongresowe w Katowicach

Przy okazji Silesia Bazaar vol.4 (fotorelacja już wkrótce), mogłam wreszcie przespacerować się po dachu Międzynarodowego Centrum Kongresowego w Katowicach.

Ktoś stwierdził kiedyś, że projekt nie przetrwa próby czasu, że to "wydziwianie" niesłużące ludziom, nieprzydatne. Że takie "łażenie po dachu" to wybujała fantazja architektów, mocno odrealniona, pomysł zwyczajnie "od czapy". Broniłam wtedy tej przestrzeni, opowiadając, jak to zawsze widzę ludzi wspinających się po czarnych jak węgiel schodach. Zainteresowanie, jak by nie było, jest. Dopiero niedawno jednak miałam możliwość na własnej skórze sprawdzić, jak wygląda osławiony projekt.

Zaskoczyła mnie intymność miejsca. Jesteśmy w centrum miasta, ale otaczająca cię zieleń wycisza, sprawia, że czujesz się trochę jak w górach (choć oczywiście nie masz złudzeń, że to wyłącznie skojarzenie - grafitowa obudowa trawiastych powierzchni nie pozwala na całkowite odrealnienie). Krzywizny, zakręty, załamania... pocięta nimi droga niejako wije się, a ty możesz się schować przed zgiełkiem, przysiąść na ławce i odpocząć. Cisza i relaks... Na górze (nie na samej, na "punkt widokowy" nie wchodziłam) poczułam się spokojnie i bezpiecznie. Miałam ochotę usiąść, przymknąć oczy i... po prostu być. Albo wziąć ze sobą Małego Johna i urządzić sobie mały piknik albo pobawić się - tak niezobowiązująco, trochę inaczej niż zwykle. 

Natura ujarzmiona przez człowieka, sztucznie osadzona na silnie industrialnym szkielecie, całościowo wypada jednak zaskakująco dobrze. Bardzo naturalnie. Zwłaszcza gdy zakwitła koniczyna...








Wiem, wiem, wychodzę na fetyszystkę własnych odbić w szybie... Ale nie mogłam się powstrzymać - te lampy dawały świetny efekt!



Spieszę donieść, że 7 czerwca Międzynarodowe Centrum Kongresowe w Katowicach otrzymało Nagrodę Architektoniczną POLITYKI! Grand Prix za rok 2015 otrzymała pracownia JEMS Architekci za projekt katowickiego MCK.



Łódź Design Festival 2015: wystawy, podsumowanie & #meetblogin2015

10/17/2015

Łódź Design Festival 2015: wystawy, podsumowanie & #meetblogin2015




Po pierwszej relacji (TUTAJ), przyszedł czas na drugą - spinającą to, co ukrywa się pod enigmatycznym określeniem cała reszta.

Tematem przewodnim tegorocznej edycji festiwalu było hasło: Konsekwencje. Jak w kostkach domina - symbolu tegorocznego ŁDF: przewrócisz jedną, ta popycha za sobą pozostałe. W zależności od włożonej pracy, idei, lepszego bądź gorszego zamysłu, z takich przewróconych kostek może powstać albo dopracowany w szczegółach obraz, albo chaos. Nic nie jest przypadkowe, nic nie wzięło się znikąd. Każda myśl jest wypadkową tego, co działo się w mózgu przed nią. Przeszłość i przyszłość są ze sobą sprzężone na wieczność: w ciągłym tu i teraz.


okoliczności przyrody

Art_Inkubator na ul. Tymienieckiego to miejsce niezwykłe. Nieco niepozorne, gdy skręca się z głównej ulicy, chcąc dotrzeć do celu (w tym przypadku do Centrum Festiwalowego 1). Dotarłszy na miejsce, trudno jednak nie zachwycić się architekturą, mariażem starego (by nie rzec: zdewastowanego) z nowym. Miejsce dopieszczone, industrialnym przestrzeniom przywrócono blask, nadano charakter. Tu rzeczywiście czuje się rozwój myśli artystycznej - tak jak sugeruje nazwa.

Na czas festiwalu, Art_Inkubator dodatkowo wzbogacił się o kilka wpadających w oko elementów, które tworzyły spójną kompozycję, sprzyjającą myśleniu (szeroko) o designie.









rzeczy w trójwymiarze, czyli o wystawach słów kilka

Trudno pisać o wszystkich, trudno wszystkie ogarnąć. Wybranym wystawom poświęciłam kilka słów poniżej, wydzieliłam je trochę z tego natłoku obrazów, który miałam w głowie, wracając w niedzielne popołudnie do domu. Piękno rzeczy materialnych, kształty, faktury... Te wszystkie impresje pozostaną ze mną (We mnie?) na długo. 
Być może zabrzmi to dziwnie, ale zaczęłam zwracać coraz większą uwagę na trójwymiarowość przedmiotów. Kiedyś ich istnienie w pełni było dla mnie mało istotne; zadowalałam się albo ładnym wyglądem, albo funkcjonalnością... Nie rozwodziłam się zbytnio nad sposobem produkcji, wykorzystanym materiałem, projektem. Dzisiaj bardziej całościowo spoglądam na daną rzecz, widzę w niej (albo i nie) pomysł, strukturę, zaangażowanie i pasję twórców. To już nie są zwykłe przedmioty, chłodne i nijakie, służące jedynie zaspokojeniu moich (jakiekolwiek by one nie były) potrzeb. Zaczęłam dostrzegać i rozumieć


 
 

Ikea - bo liczą się sprytne pomysły (czyli hasło z katalogu 2011 wciąż jest aktualne ;))

znowu Ikea, tym razem niepozorne, a robiące wrażenie lampy Krusning (którą ostatnio prezentowała u siebie Anicja)


przepiękne, kapitalne, przyciągające wzrok, uwagę, wszystko misy-umywalki Laufen; Uwielbiam!


wzór diablo symetryczny, spod "taśmy" vs. radosna, nieskrępowana twórczość; można było wziąć udział w fazie wdrażania: na stole czekały flamastry w odpowiednich kolorach, z pomocą których można było nanieść wzór na tkaninę (tak powstała ta po lewej)




"A może popcorn do tego?"

Sztuka wychodzi do ludzi. Design jest wszędzie. 
 - te zdania brzmią może jak slogany, zwykłe frazesy, ale tak nie jest. To, co kiedyś zarezerwowane było dla poważnych instytucji pokroju galerii czy muzeów (lub przynajmniej salonów co bogatszych), upowszechnia się, wchodzi pod strzechy. I, jak w przypadku designu, nawet jeśli wcześniej (praktycznie cały czas) tam było, teraz ta obecność jest dostrzegana, a konsument-odbiorca (lub w odwrotnej konfiguracji) bardziej świadomy. O tym, że istotnie sztuka wychodzi do ludzi, a design jest wszędzie, można było przekonać się naocznie i na ŁDF15.
Czułam, że coś się święci, kiedy mijałam stoisko Ikei (kilka zdjęć wyżej) lub siadałam na meblach VOX z najnowszej kolekcji (premiera w listopadzie) - w obu przypadkach po części przygotowanych na to, by odwiedzający festiwal mogli rozsiąść się w fotelach, poczuć wygodę kanapy czy skorzystać ze stolików kawowych. Nic jednak nie mogło się równać z wystawą (Instalacją?), w której główną rolę odgrywał... popcorn.
#taka sytuacja: podchodzisz do przestrzeni wystawienniczej, by podziwiać designerskie eksponaty, jednocześnie zanurzasz kartonowy rożek w morzu świeżo przygotowanego popcornu (z którego - jak Wenus, egzemplifikacja Piękna - wyłaniają się eksponaty właśnie). Potem, podjadając i chrupiąc, zasiadasz na swoistej widowni (czyt. krzesłach ustawionych rzędami tuż przed wspomnianą ekspozycją) i... konsumujesz. Czy uprażoną kukurydzę, czy design. Jak w kinie: masz przed sobą efekt działań pewnej grupy osób, estetyczny, wizualny kąsek, który albo "kupisz" (czy dosłownie, czy w przenośni), albo nie. Wszystko zależy od Ciebie. Tak czy owak: smacznego!






wióry lecą

To zdecydowanie najlepsze stoisko ze wszystkich (zresztą nie tylko według mnie). Stolarnia Zmysłów - miejsce interaktywne, dające możliwość przetestowania niemal wszystkich narzędzi i technik stolarskich. Jak urzeczona stałam i bezczelnie wgapiałam się w rozemocjonowane twarze dzieci ściskających w rękach czy to długo, czy ogromną piłę. Niecodziennie można oglądać takie obrazki: rodzic współpracuje z pociechą przy czynnościach zwykle ujmowanych jako niebezpieczne. Za często pozwalamy wmówić sobie, że coś nie jest dla maluchów tylko dlatego, że zwykle robią to dorośli. Więcej: że robią to tylko niektórzy dorośli. Boimy się sami, zamykamy więc drogę do poznania własnym dzieciom. Tymczasem takie zluzowanie, wspólna zabawa (bez podziału na widzów i wykonawców, co najwyżej na uczniów i mistrzów) mogą być niezwykle kształcące i zbliżające nas ku sobie. Przy okazji człowiek przypomina sobie o tradycyjnych metodach obróbki, to taki swoisty powrót do korzeni, wskrzeszanie tradycji.





zostałam przyłapana na fotografowaniu; fot. Karolina Grabowska (Kaboompics)




Niewidzialni Bohaterowie

To z kolei najlepsza wystawa. Przygotowana przez Vitra Design Museum, co samo w sobie świadczy o poziomie ekspozycji. 
Niewidzialni Bohaterowie, czyli Geniusz rzeczy codziennych. Swoje miejsce w muzealnej gablocie (nie do końca typowej, miejscami pozbawionej bowiem dystansującej nas szyby) znalazły m.in. żarówki, gumki-recepturki, opakowania na jajka, kartonowe pojemniki na napoje, słoiki, wieszaki, zamki błyskawiczne... Przedmioty towarzyszące nam w codziennym życiu, właściwie niedostrzegalne (niewidzialne właśnie), bez których jednak trudno byłoby wyobrazić sobie egzystencję. Świetne projekty, kapitalne patenty - przykład rzeczy zaprojektowanej, która pozostanie z nami... na zawsze? Idei, która tak zrewolucjonizowała świat, że... słowa są właściwie zbędne. W miejsce tłumaczenia wyobraźcie sobie, że któregoś z tych przedmiotów nie ma, że nie istnieje.














#meetblogin2015

Nie byłoby mnie w Łodzi, gdyby nie #meetblogin - spotkanie blogerów wnętrzarskich. Miałam szczęście dosłownie w ostatniej chwili zostać wpisana na listę uczestników.
Wspaniale było ponownie zobaczyć dziewczyny, które poznałam miesiąc wcześniej w Warszawie (TUTAJ) oraz poznać kolejne "kapitalne babeczki", w tym Dagmarę Jakubczak, której osobowość jest zwyczajnie powalająca - jej komentarze w trakcie wykładu Małgosi Andryszczyk... bezcenne. Dawno tak się nie śmiałam (łącznie z prowadzącą), poziom pozytywnych emocji podskoczył wysoko. Dzięki!
Do tego bogaty program...
Wykład Artura Jabłońskiego był ge-nial-ny. Luźny, ale i profesjonalny. Zabawny i poważny. Doskonale zbilansowany, wsparty osobowością prowadzącego. Uczestniczenie w spotkaniu to była czysta przyjemność, dodatkowo owocująca przemyśleniami - czego chcieć więcej?
Co innego kolejny wykład - prowadzony przez Michała Andrzejewskiego. Wbrew zapewnieniom, konkretów było mało, lania wody wiele - niestety. Za dużo treści, za mało czasu, przez co skupiliśmy się na ogólnikach, a nim dotarliśmy do sedna spotkania (czyli sposobów na skuteczny marketing), Ula bezlitośnie pokazała zegarek. Mimo wszystko można było wyciągnąć pewną lekcję (nie wiem, na ile przypadkową, na ile zamierzoną): jeśli chcesz się rozreklamować, pozostaw niedosyt, obiecując odnalezienie odpowiedzi na swojej stronie/blogu. Dzięki temu wszyscy zainteresowani nabijają statystyki...

Ula - organizatorka - była niesamowita; nie wiem, jak to robiła, ale materializowała się przed Tobą wtedy, kiedy była potrzeba ("Gdzie będzie to spotkanie? Trzeba poszukać Uli i zapytać. O, Ula! Słuchaj..."), zwyczajnie wydawało się, że jest wszędzie. 
Ula - wielkie dzięki za wszystko!

 

Co masz w torbie?

Na koniec to, co tygryski lubią najbardziej, czyli... prezenty. Tak, tak, blogerzy je lubią, podobnie jak każdy inny przedstawiciel gatunku ludzkiego. Od razu wyjaśnię jednak, że większość z przedmiotów, które dostaliśmy, to materiały promocyjne. Katalogi, ulotki, próbki. I o to chodzi, dzięki temu jesteśmy na bieżąco, możemy zapoznać się z całą ofertą, czasem (zwłaszcza jeśli profesjonalnie zajmujemy się projektowaniem czy aranżowaniem) te materiały służą nam w pracy, są zwyczajnie pomocne.
Materiały jednak są różne. Wśród tej wielości "makulatury" (jak niektórzy mogliby nazwać zawartość poszczególnych toreb) znalazło się kilka perełek, pomysłów oryginalnych, świadczących o świeżości podejścia i twórczym potencjale pracowników działu PR. Mowa o firmach Dulux i Wood&Paper, których próbki na tyle się wyróżniały, że raz) wyłowiłam je z tłumu, dwa) zapamiętałam. Brawo!

Dulux: interesujący katalog z trendami kolorystycznymi na 2016 rok plus intrygujący wzornik: poszczególne kolory farb zaserwowane na palecie z... przypadkowej gazety! Rozwiązanie proste, a jakie bogate! Nie dość, że mamy możliwość obejrzenia, jak barwy prezentują się w rzeczywistości (łącznie z grą światła i cienia, połączeniami między nimi itd.), idea rozkładówki z gazety codziennej i chlapania farbą przywodzi skojarzenie z samym procesem malowania, remontowaniem. Teoria+praktyka w jednym rozwiązaniu!



Wood&Paper: To był  chyba dobry czas dla miniaturek mebli. Najpierw MALI MODERNIŚCI (przypomnij sobie TUTAJ), teraz stolik śniadaniowy Solo. W tym malutkim gadżecie połączono kilka chwytliwych pomysłów: ideę DIY (stolik należało sobie złożyć), próbkę produktu (w wersji mini, dzięki czemu łatwiej o przechowywanie; można też przecież stoliczek złożyć ;)), upominek (uroczy, ale i praktyczny - jak można wykorzystać tego rodzaju miniaturki, prezentowała swego czasu Kasia z My Full House).






Dodatkowo skandynawskie katalogi (niektóre jak książki, z pięknymi zdjęciami) i świetna osłonka na doniczkę* od Rodan, podgrzewacz na kubek od Roca (idealny prezent dla blogera ;)), próbka drewnianego parkietu, która służy mi za deskę do krojenia od Chapel Parkiet... W tym miejscu należy powiedzieć jedno:



_______________
* Formalnie to kubek, ale używam go jako osłonkę ;).