3/10/2016

metamorfoza szafy typu komandor

Zwykle jej obecność w ogłoszeniach na portalach z nieruchomościami podnosi wartość mieszkania. Swego czasu swoisty "must have", dowód zamożności, ale i gospodarności. Szafa typu komandor.

Pamiętam, jak tata zamawiał ją do pokoju biurowo-gospodarczego i jak kapitalnie ukryła nie tylko ubrania rodziców, ale i mnóstwo "przydasiów", które wcześniej nie miały swojego miejsca i były upychane po kątach. Deska do prasowania, śpiwory, torby z nieużywanymi zabawkami... Wydaje się, że ta szafa pomieści wszystko.
Nasze obecne mieszkanie zawierało już szafę typu komandor - w miejscu istniejącej wcześniej wnęki, którą najchętniej zaopatrzyłabym w półki i przemieniła w urokliwy kącik czytelniczy. Cóż, zapewne ze względów wspomnianej wcześniej gospodarności, mój małżonek odmówił demontażu szafy, zasłaniając się względami praktycznymi. I miał rację: szafa ta mieści wiele naszych rzeczy, zarówno drobiazgów, jak i większych gabarytowo. Jedno jednak nie dawało mi nigdy spokoju: jej wygląd.

Nasz pokój dzienny jest, na dobrą sprawę, mieszanką mniej lub bardziej (coraz bardziej "mniej", wciąż jednak mieszanką) przypadkowych mebli. Część z mojego dawnego pokoju (pamiętającego czasy panieństwa), część w "spadku" po rodzinie, wreszcie część kupiona przez nas. Interesującą nas dzisiaj ścianę (i okolice) zajmuje więc Liga Wędrujących Mebli: szafa typu komandor pozostała po poprzednich właścicielach, stół i krzesła pochodzą z mieszkania mojej mamy, a komoda przybyła z naszej sypialni. Co je łączy (prócz sąsiedztwa)? Powierzchnia imitująca drewno. W tym przypadku wszystko byłoby okay, gdyby meble pochodziły z jednej serii, ale nie pochodzą.

Widok był taki:






Codziennie budziłam się naprzeciwko tej plamy jasnego brązu, codziennie mijałam te dwa ciepłe skrzydła, codziennie czułam, że potrzebna jest jakaś zmiana, że coś z tą szafą muszę zrobić. Ostatnio jeszcze bardziej nęciła mnie metamorfoza; karmiąc Lady Marion, siedziałam naprzeciwko trzydrzwiowej starej lokatorki, która już wystarczająco mi się opatrzyła.

Szwagierka malowała niedawno pokój dla swojego synka na szaro, co przypomniało mi, że w komórce skrywa się jeszcze niepełne pudło słonikowego (jak fachman określił odcień na ścianie w naszym pokoju dziennym).
 - Pomalować! - rzuciłam w euforii. Po chwili jednak przyszło opamiętanie. - Chwila moment... Farba? W pokoju z niemowlęciem? Schnięcie i wietrzenie przy niesprzyjającej pogodzie? Jak tu okno otworzyć na dłużej?
Pierwotny plan został co prawda niemal natychmiastowo odrzucony, ale nie wizja metamorfozy. Nie poddam się! Skoro nie farba - okleina!

Po rozczarowaniu asortymentem sieciówek budowlanych, znalazłam ją wreszcie TU. Koszt? 5,50,- za metr bieżący. Zamówiliśmy nieco na wyrost (na wszelki wypadek); wraz z kosztami wysyłki całość wyniosła 70 złotych.
W jedno popołudnie przystąpiliśmy do nakładania. Okleinę pocięliśmy na długość odpowiadającą listwom zabezpieczającym krawędzie drzwi przesuwnych; na każde skrzydło przypadły po dwa pasy okleiny. Pozostało już tylko przykleić ją na uprzednio oczyszczoną powierzchnię.



po lewej okleina, po prawej stara powierzchnia drzwi; Chyba nie muszę pisać wprost, która bardziej mi odpowiada? ;)




Zdecydowaną większość prac wykonywał mój dzielny mąż. Znacie TEN filmik? Mężowie blogerek wnętrzarskich powinni mieć osobny obraz dokumentujący ich nieocenione wsparcie. Serio! To on wiedział, że listwy boczne od drzwi przesuwnych można ściągnąć, ułatwiając sobie pracę. Więcej: on je zdemontował i przytwierdził na powrót. Prócz tego dbał, by okleina wdzięcznie poddała się sile grawitacji, rysując prostą linię w dół. Bohater mój, bohater w swoim domu!







W międzyczasie postanowiłam okleić również bok szafy - biel, która go niegdyś pokrywała, zdążyła już zżółknąć, a nasze prace remontowe tylko to uwidoczniły.
W nowym okryciu bok prezentuje się o wiele lepiej!




Oklejona szafa, w stanie "surowym", prezentowała się tak:







Żeby nie było zbyt pusto i nudno, na jednym skrzydle przykleiłam chmurkę wyciętą z naklejki tablicowej - w ten sposób powstała tablica informacyjna; kapitalne rozwiązanie, bo przechodząc koło szafy kilka razy dziennie, po prostu musisz mimowolnie spojrzeć na notowane spotkania czy wydarzenia. Drugie skrzydło stało się pewnego rodzaju galerią - ponieważ zdjęcia czy grafiki przyklejone są za pomocą washi tape, można je dowolnie zmieniać.
Tak prezentuje się odmieniona szafa typu komandor (Posiwiała ze starości, ale z jaką godnością!):












Efekt końcowy podoba mi się bardzo, nie jest to jednak rozwiązanie nie pozbawione wad. Jakie są plusy i minusy zastosowania okleiny?

Zalety:
 - rozwiązanie szybkie - w ciągu jednego popołudnia można cieszyć się z efektu, nie trzeba czekać np. na wyschnięcie farby (co było ważne również z uwagi na fakt, że szafę codziennie otwieramy - nie wyobrażałam sobie wyciągania z niej wcześniej rzeczy po to, by później niepotrzebnie nie ruszać schnących skrzydeł)
 - brak zapachu farby, bezpieczeństwo nakładania przy dzieciach w domu
 - w razie niepowodzenia czy zmiany zdania okleinę można odkleić - odchodzi łatwo, nie pozostawiając śladu, więc na spokojnie można korygować jej położenie w trakcie nakładania (albo całkowicie usunąć, gdy zechce się powrócić do stanu pierwotnego - przy malowaniu byłoby to niemożliwe)

Wady:
 - rozmiary okleiny - drzwi naszej szafy mierzą ok. 74 cm szerokości (każde skrzydło), natomiast dostępne na rynku okleiny mają 45 lub 65 cm, wobec czego musieliśmy kombinować, jak ją nałożyć (jak wspomniałam wcześniej, zdecydowaliśmy się na dwa długie pasy okleiny na każdym skrzydle); to wiązało się z poniższym:
 - nawet przy wielkich chęciach, trudno o równe ułożenie okleiny, można co najwyżej minimalizować "wybrzuszenie" (w tym przypadku farba idealnie pokryłaby powierzchnię) - patrz zdjęcie poniżej
 - trzeba uważać na powstające pod okleiną bąbelki powietrza (ich usuwanie przez poprawianie nakładanej okleiny i wyrównywanie powierzchni gąbką zajęło nam chyba najwięcej czasu)

Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Powstałe wybrzuszenia - linia łącząca obie partie okleiny - są w zasadzie niewidoczne. Trzeba przyglądać się powierzchni z bliska, czasem nawet pod odpowiednim kątem, by je dostrzec. Jak dla mnie i ten moment - rozwiązanie idealne!




Jak Wam się podoba taka metamorfoza?

12 komentarzy:

  1. super! ja właśnie mam szafę przesuwna w korytarzu i od kilku dni meczy mnie ten ciemny brąz, bardzo podoba mi się biały i szary, jednak chyba zdecyduje się na farbę, ale efekt super:)pozdrawiam maria

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, mnie też męczyły te ciemne plamy... To maluj, maluj! :D Od razu otoczenie pojaśnieje ;) Trzymam kciuki za zmiany i ściskam serdecznie!

      Usuń
  2. omnonom! Taak!!! Wyszło rewelacyjnie :D Bo co tu kryć- szafsa "ty-pu-ko-man-dor" potrzebna jest, a teraz jest jeszcze super wtapiająca się w tło :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięęęki :> Cieszyłam się właśnie, że okleina okazała się mieć kolor tak mocno zbliżony do tego z naszej ściany - miałam co do tego obawy, kiedy składałam zamówienie. Cieszę się, że wyszło :>

      Usuń
  3. Bardzo mi się podoba :) Elegancko!

    OdpowiedzUsuń
  4. No proszę, szafa była- szafy nie ma (a nadal jest gdzie pochować przydasie)- czary mary? Super! ;P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Heh, to by było świetne - czarować tak, by miejsce było, a przydasie pochowane ;D Wciąż dopracowuję tę sztuczkę, iluzję ładu i porządku, gdy rzeczy sporo albo bałagan był przed przyjściem gości, na przykład ;D

      Dziękuję :>

      Usuń
  5. Jest naprawdę super i tak jak napisała Marta szafa dosłownie wniknęła w tło, pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! :D
      Mnie też bardzo się podoba! Od razu inaczej wygląda pokój, a i ja czuję się w nim lepiej :D

      Usuń