11/03/2018

Biblioteczka Pani Sowy (cz. 8)

Zapraszam do cyklu poświęconego książkom. Tym, które w minionym czasie przeczytałam sama albo ze swoimi dziećmi. Co nam się podobało, co mniej? Co polecamy?


biblioteczka dzieci

"Karolcia" Maria Kruger

Książkę pamiętam z dzieciństwa - ba! mój prywatny egzemplarz, liczący ponad 20 lat, trzymałam w rękach, czytając dzieciom; w ten sposób książka przechodzi z pokolenia na pokolenie i żyje dalej, czytana na nowo.
Uwielbiałam tę historię: opowieść o magicznym błękitnym koraliku, który spełniał życzenia, a który został znaleziony przez Karolcię... w szparze podłogi. Co ciekawe, gdy jako dziecko mieszkałam w kamienicy, pewnego dnia w szparze między deskami podłogi znalazłam maleńki biały koralik. Zapewne wypadł mamie, która czasem coś przyszywała, ja jednak chciałam wierzyć, że to kuzyn tego bajkowego koralika. Mój co prawda nie spełniał życzeń, ale przybliżał do Krainy Wyobraźni, a to już dużo.
Kiedy czytałam jako dorosły, dostrzegłam pewne nielogiczności, nieścisłości, dorośli bohaterowie zachowywali się czasami dość naiwnie, gorzej od dzieci 😉. Jednak to nie mnie - dorosłego - miała oczarować ta powieść, a... dzieci. A moje były zauroczone. Latanie taksówką, niewidzialność, spełnianie życzeń, czary, pierniczki przemieniające ludzkie serca, kamienne, ożywione lwy, na których można było jeździć oraz dreszczyk emocji związany z obecnością złej czarownicy... to wszystko składa się na historię, która wciąga i która zapisuje się w dziecięcej pamięci. Kto nie chciałby magicznego koralika?


"Atlas mitów" Thiago de Moraes

Ta książka to petarda. Początkowo zastanawiałam się nad nią, z uwagi na okładkę, która była dla mnie pewnego rodzaju pomieszaniem z poplątaniem - obawiałam się, że ta różnorodność przedstawień będzie miała miejsce i wewnątrz, ale to było złudne wrażenie. Okładka zbiera postaci z różnych mitologii, siłą rzeczy jest więc mydłem i powidłem. W środku książka jest pięknie uporządkowana, a poszczególne przedstawienia idealnie do siebie pasują, pięknie się komponują w całość. 
Thiago de Moraes poszedł na całość. Każda mitologia ma swoją mapę świata - graficzne przedstawienie tego, jak dana społeczność wyobrażała sobie świat (z niebem i podziemiem również). Ponadto dostajemy wgląd w panteon najważniejszych bóstw czy postaci oraz mitów czy opowieści. To taka... ściągawka z mitów, ale o wiele bardziej rozbudowana niż to, co proponują nam podręczniki do historii. Te zwykle skupiają się na starożytnych Grecji i Rzymie (+ czasem jedna, góra dwie lekcje o starożytnym Egipcie), natomiast na resztę świata pada zwiewna, choć dość kryjąca zasłona milczenia. A szkoda! Tutaj Grecja (Rzymu nie ma w tomie - w zasadzie starożytne rzymskie wierzenia były dość podobne do greckich) została potraktowana na równi z innymi systemami. Możemy poznać więc wierzenia Indian Ameryki Północnej, Azteków, Janomamów, Jorubów, polinezyjskie, irlandzkie, nordyckie, egipskie, hinduistyczne, japońskie i słowiańskie. Zwłaszcza te ostatnie przykuły moją uwagę, słabo bowiem jako Polacy znamy własną historię; mity słowiańskie wrzuca się w duży wór z metką "pogańskie", co dla niektórych bywa równoznaczne z zarzutem. Jest w nas jednak pewnego rodzaju tęsknota albo poczucie braku - przy okazji rozmów o Halloween, usłyszałam od niektórych, że przebieranie się w słowiańskie stwory jeszcze by akceptowali (bo nasza tradycja), ale przybyłe "coś" z Zachodu... a fe! Wracając jednak do meritum...
Ta potężna książka - duża, w twardej oprawie - to atlas z prawdziwego zdarzenia. Bogato i pięknie ilustrowany (chcąc go pokazać zgodnie z sumieniem, musiałabym zrobić to strona po stronie, bo każda mitologia została potraktowana indywidualnie, z pietyzmem), zwyczajnie zachwyca. Możemy go oglądać jak atlas właśnie (z wędrowaniem palcem po mapach mitycznych krain) albo potraktować jak zbiór baśni i legend - dzisiaj z córką przeczytałyśmy np. o ogniu skrywanym w paszczy aligatora. Niektóre z opowieści posiadają również coś na kształt morału, który możemy - niezależnie od szerokości i długości geograficznych, w których mieszkamy - odnieść do naszego życia (np. "Susano-o i wąż o ośmiu głowach" posiada podtytuł "Słabość do alkoholu nie popłaca"). 
Piękna, ach, piękna! Do tego mądra, kształcąca i inspirująca. Nie można chcieć niczego więcej!





"Zwierzęta, które zniknęły. Atlas stworzeń wymarłych" ilustracje: Nikola Kucharska, opracowanie naukowe: Katarzyna Gładysz, Paweł Łaczek

Takie książki zmuszają do refleksji. Z przeglądania takich książek wywiązują się bodaj najdłuższe dyskusje z dziećmi, które nie wszystko rozumieją - nie pojmują np. słowa "wyginąć" - i dlaczego ma ono często związek z człowiekiem, niszczącą odsłoną jego natury. Co to znaczy, że ktoś poluje, jest kłusownikiem, że zabija nie dla pokarmu, ale... no właśnie: po co to robi? Wyjaśniać, próbować tłumaczyć? Szukać odpowiedzi czy może postawić sprawę jasno: tak nie wolno, to złe?
Książce tej daleko do moralizatorstwa, które by szufladkowało, dzieliło na białe i czarne. To - jak w podtytule - "Atlas stworzeń wymarłych" (choć nie tylko) i ta forma pozwoliła delikatnie przemycić dość poważne kwestie, na szczęście bez wikłania się w jakieś etyczne dysputy, które byłyby tu zbędne. Sądzę, że zabieg zastosowany przez autorów oddziałuje na czytelnika silniej, a ostatnie karty z jednej strony napawają melancholią, a z drugiej niosą nadzieję. To np. rozkładówka z gatunkami, których populacja maleje. Jest ich niewiele na świecie, ale ciągle są. A tylko od nas zależy, czy przetrwają...
Ilustracje są piękne, świetnie wykonane, a książka posiada wiele edukujących rozkładówek, np. diagram prezentujący ewolucję kręgowców lądowych (takie pokazanie, skąd pochodzimy, że wymarłe zwierzęta to nasi przodkowie, że wszystkich nas łączą pewne więzi, swego rodzaju pokrewieństwo), kopalną mapę świata czy mapę z muzeami prezentującymi prehistoryczne zwierzęta (to też zachęta do kontynuowania "nauki" bądź "czytania" atlasu poza domem - np. właśnie w muzeum!). Od dinozaurów po zwierzęta żyjące współcześnie - książka z ilustracjami Nikoli Kucharskiej prowadzi nas niemal od początków istnienia stworzeń po dzień dzisiejszy - to wielka historia życia na Ziemi, życia i śmierci. "Niedawno utracone" i "Zwierzęta, które znikają" to ostatnie plansze - bardzo sugestywne. Wcześniejsze również oddziałują na wyobraźnię: nie wystarczy bowiem, że gdzieś tam w ZOO możemy spotkać tygrysa i cieszyć się, że jest i że możemy go oglądać. "Zwierzęta, które zniknęły..." pokazuje, jak zwierzę - przez nas postrzegane jako jeden rodzaj - posiada wiele gatunków i odmian, które... giną. Jedna z ilustracji pokazuje "rodzinę" tygrysów - na pierwszy rzut oka poszczególne osobniki niewiele się od siebie różnią, a jednak każde reprezentuje inny gatunek. Wspaniała różnorodność świata, tak zadziwiająca i genialna, cudowna - bo i to w istocie CUD natury... Kruszy się, topnieje... Autorzy nie pozostawiają nas samych z problemem: i przy dinozaurach, i przy zwierzętach ginących współcześnie, starają się odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak się stało, co mogło wpłynąć na zniknięcie tych zwierząt z naszego globu. O ile zniknięcie dinozaurów dość łatwo wytłumaczyć (kto ma w domu dziecko zainteresowane tematem i jest po lekturze książek o wielkich gadach, których dla dzieci nie brakuje, nie powinien mieć z tym większych problemów), o tyle przyczyny wymierania zwierząt dzisiaj wskazać trudno - w każdym razie poprzedzić to musi refleksja rodzica, wspólne naradzenie się z dzieckiem. Autorzy podają swoje propozycje: katastrofy naturalne, niszczenie siedlisk, polowania i kłusownictwo, wymieranie ewolucyjne, istnienie gatunków inwazyjnych, zmiany ekologiczne. Co przykre i dające do myślenia: na większość z nich ma wpływ... człowiek.



 




(Dość długo jest pokazywana okładka książki - nie zniechęcajcie się: od 15. sekundy zaglądamy już do środka 😉.)


"Kobiety. Badaczki, czempionki, awanturnice" Joanna Kończak (ilustracje: Karolina Matyjaszkowicz)

Kolejna z książek prezentujących sylwetki wybranych kobiet, które nie bały się podążać za marzeniami, które zmieniały świat. Znajdziemy tu 35 krótkich biografii, uporządkowanych chronologicznie: od urodzonej w 1799 roku Mary Anning, po Aisholpan Nurgaiv, która obecnie ma... 15 lat. Podoba mi się to, że bohaterkami są nie tylko panie, które żyły dawno temu albo dzisiaj są szanowanymi staruszkami. To ważne, by pokazywać przykłady postaci współczesnych, bliższych naszym córkom/wnuczkom/dziewczynkom w naszym otoczeniu np. wiekiem - wówczas silniej będą mogły one poczuć, że rzeczywiście mają moc zmieniania świata, że to nie jest domena kobiet dojrzałych, już zaistniałych w świecie mężczyzn.
Urzekła mnie oprawa graficzna - realistyczne portrety, ale jednocześnie malownicze, artystyczne, nierzadko inspirowane działalnością portretowanych kobiet. Wszystko jest spójne, a jednocześnie każda bohaterka została potraktowana indywidualnie.
Same opowieści to nie tylko suche fakty z życia plus kilka motywujących zdań dla czytelniczek. Biografie "badaczek, czempionek i awanturnic" posłużyły do pokazania np. historii, zmian technologicznych czy problemów ekologicznych. Każda z kobiet chciała mieć realny wpływ na świat, w którym żyje, nie poddawała się. Jak dla mnie to wartościowa pozycja, godna zająć miejsce w każdej biblioteczce!
O książce napiszę w osobnym wpisie - przygotowuję bowiem plansze aktywnościowe zainspirowane książką, które będziecie mogli pobrać i wykorzystać do twórczej i edukacyjnej zabawy.




"Rafa koralowa" Katarzyna Bajerowicz

Grube karty (jak w "Małym atlasie motyli Ewy i Pawła Pawlaków", który pokazywałam ostatnio - TUTAJ), przepiękne, kolorowe ilustracje, ciekawostki z dna oceanu, zadania DIY (zrób-to-sam), ćwiczenia ze spostrzegawczości oraz lekcja ekologii... ta książka ma chyba wszystko, czego można chcieć w przypadku pozycji opowiadających o rafie koralowej. 
O książce jeszcze napiszę - w osobnym poście z instrukcją DIY inspirowaną tomem!






"Dobranocki na Gwiazdkę" (zbiór opowiadań różnych autorów: Grażyna Bąkiewicz, Justyna Bednarek, Paweł Beręsewicz, Zofia Beszczyńska, Manuela Gretkowska, Barbara Kosmowska, Beata Ostrowicka, Zofia Stanecka, Małgorzata Strękowska-Zaremba, Agnieszka Tyszka)

Duża, ciężka, pięknie zilustrowana i wydana z dbałością o szczegóły książka, która będzie idealnym prezentem na Gwiazdkę. To w zasadzie księga z opowieściami inspirowanymi Świętami Bożego Narodzenia - każdy znajdzie tu jakąś historię dla siebie, a ilustracje Ewy Beniak-Haremskiej pięknie spajają wszystko w jedno, wyczarowują świąteczną atmosferę: dzieci z rumieńcami na twarzy, z jednej strony chłód mrozu i śniegu, z drugiej ciepło wnętrz ozdobionych świątecznymi bibelotami czy światełkami bądź świecami, oraz miłość - którą się po prostu czuje, nawet kartkując tę książkę.
Pamiętam, że w dzieciństwie dostawałam pod choinkę książki związane w jakiś sposób z Bożym Narodzeniem. Ozdobne tomy, które uwielbiałam przeglądać, do których wracałam z sentymentem, bo przypominały mi rodzinność świąt, te wszystkie uczucia, które krążyły między ludźmi w przeciągu tych kilku wyjątkowych grudniowych dni wolnego. Z tą książką będzie chyba podobnie... Na razie czytałam dla siebie, z dziećmi usiądę 1 grudnia, w ramach prywatnego, czytelniczego Adwentu. Będzie magicznie! ☄️🎄✨







biblioteczka mamy

"Fala gniewu" Winston Graham (7 tom kolekcji Poldark)

Tom zamyka pewien "rozdział" historii rodu Poldarków - zakończenie zaskakuje, stanowi koniec pewnego etapu, od teraz nic już nie będzie takie samo. I faktycznie - ósmy tom prezentuje wydarzenia 10 lat po tych z "Fali gniewu", a człowiek czuje... zadumę? Jakieś takie nieokreślone uczucie w sercu, że coś przepadło i nie wróci.

Po tym tomie skończyła się moja cierpliwość dla wydawnictwa, które publikuje książki w ramach "kolekcji" - wydanie tańsze, z myślą o kioskach (dwa razy tańsze niż wydanie "normalne"!). Na "Falę gniewu" musiałam czekać... 3 miesiące. Poirytowana, po przeczytaniu siódmego tomu zamówiłam po prostu kolejne trzy ze "zwykłego" wydania. To nic, że droższe - nie będę czekała dziewięciu miesięcy na poznanie ciągu dalszego! Naprawdę, można by urodzić! PS. Wydania z kolekcji i normalne niczym się od siebie - poza ceną i dopiskiem "kolekcja" na grzebie albo jego brakiem - nie różnią. W zasadzie szkoda, bo jednak... może warto by w tych droższych książkach zadbać chociaż o lepszy papier? Mówimy przecież o pozycjach dwa razy droższych!


"Rebeka" Daphne du Maurier

Książka wpadła mi w ręce przypadkowo, był to jednak prawdziwy uśmiech losu. 9,90 PLN, świetna okładka, dobrej jakości papier i prawie 500 stron opowieści, która całkowicie zawładnęła moją uwagą. 
Zaczyna się jak gotycki horror (wielka posiadłość z wyłączonym z użytku zachodnim skrzydłem, opustoszałe komnaty, tajemnice, zagadka z przeszłości oraz widmo zmarłej żony właściciela majątku), potem przechodzi w kryminał, który trzyma w napięciu do ostatniej strony - dosłownie! - do ostatniego zdania w zasadzie! 
Daphne du Maurier jest autorką, która natchnęła Hitchcocka - klimat "Rebeki" (podobnie jak "Ptaków" - też tej samej autorki) hipnotyzuje: niepewność, jakaś czająca się groza, która wcale nie musi mieć pozamaterialnego charakteru...
Niektórzy zarzucają książce, że bohaterka jest skrajnie naiwna i chociażby z uwagi na jej postać trudno się z książką "zaprzyjaźnić". Jestem odmiennego zdania. Wielokrotnie jest zaznaczane, że jest to bohaterka młoda, niedoświadczona, wiecznie w cieniu innych, która dopiero odkrywa siebie i dopiero zaczyna o siebie walczyć. Fakt, jedna scena obnażała całkowicie naiwność nowej pani de Winter, ale była konieczna dla posunięcia fabuły naprzód - a jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że bohaterką mogły kierować zwyczajnie rozemocjonowanie czy gorączka przez wielkim wydarzeniem, można machnąć ręką na niedoświadczenie postaci. Później jest już tylko lepiej.
Muszę przyznać, że w ostatnich dniach "Rebeka" uratowała moje zdanie o książkach. Czytam ich obecnie kilka na raz, natomiast żadnej nie umiałam szybko skończyć. Dlaczego? Z różnych względów. Albo rozciągnięte, dłużące się, albo tak źle zredagowane, że odrzuca, albo napisane stylem, który nie pozwalał, by historia mnie porwała. "Rebekę" przeczytałam natomiast w 1,5 dnia (przy swoich codziennych obowiązkach). To chyba najlepsza recenzja!


"Ja także żyłam! Korespondencja" Louise Hartung, Astrid Lindgren

Książka zadziałała przewrotnie. Wybór listów Astrid Lindgren i Louise Hartung przyciągnął mnie z uwagi na autorkę Pippi Pończoszanki, jednak w trakcie lektury niemal straciłam zainteresowanie Szwedką na rzecz drugiej bohaterki - Niemki. Louise Hartung pisze pięknie, wspaniale opowiada, a niektóre z fragmentów jej listów można wynotować i cytować w towarzystwie albo wpisywać do pamiętników czy notesów, oprawiać w ramkę. Np. słowa, które przesłała Astrid Lindgren, samotnej po zamążpójściu córki:

(...) Wasze relacje wkraczają obecnie w nowe stadium, zadowalające w inny sposób. Zamiast zupełnie opuścić gniazdo, utracone dziecko będzie stale przyfruwało i potrzebowało Ciebie, Twojego spokoju, którego przedtem wcale tak nie ceniło, Twojej pomocy, z której kiedyś w sposób tak oczywisty korzystało, rozmów, których przedtem prawie nie chciało prowadzić, ba, przypuszczalnie nawet czułości, która niczego się nie domaga i na którą kiedyś niemal nie zwracało uwagi ani sobie jej nie życzyło.
- Louise Hartung w liście do Astrid Lindgren z 4 października 1958 roku
 
Była w niej taka mądrość, zrozumienie świata, ludzi...
Oczywiście, lektura listów pisanych regularnie przez dobrych kilka lat pozwala również poznać życie obu pań, ich zdanie na pewne tematy, ich poglądy np. na sytuację społeczną, również polityczną (przykładowo podzielone Niemcy). Najwięcej tu jednak melancholii Astrid Lindgren oraz tęsknoty zakochanej w niej Louise Hartung. Tak jest, pojawia się wątek miłosny: Niemka kocha Szwedkę, stale o niej myśli, nieutulona, a heteroseksualna Szwedka stara się podtrzymywać tę wyjątkową przyjaźń. Widać, że obie łączy wiele - zdecydowanie są bratnimi duszami. Obie zajmują się Literaturą: jedna pisze, druga jest przekonana, że mądre książki dla dzieci są potrzebne pokaleczonej młodzieży niemieckiej. Lindgren i Hartung o książkach? To piękne, mocne fragmenty. Niemka pisze w pewnym momencie, że dzieci bardziej cieszyły się z jednej podarowanej im książki niż ze słodyczy, które im rozdawano. Jak nie czuć porywów serca?
Dużo tu również... kwiatów. A to wysyłanych z Niemiec do Szwecji, a to pielęgnowanych przez Louise Hartung w jej ogrodach. Przyroda rośnie, kwitnie, otula obie panie, które same wydają się być pięknymi kwiatami - a listy, jak sieć gałązek czy korzonków - splatają je, czynią nierozerwalnymi, budują bliskość.
Książka jest stosunkowo droga (59,90 - cena sugerowana z okładki), niemniej jej zawartość jest unikatowa - wybór (niestety wybór, choć rozumiem założenie) listów dwóch ważnych kobiet, zasłużonych dla literatury czy świata w ogóle, do tego skany niektórych stron, w tym rysunków obu pań... Gratka dla moli książkowych!


"Złoty kompas"* Philip Pullman  (*choć poprzedni tytuł - "Zorza polarna" - bardziej pasuje i jako tłumaczenie, i w odniesieniu do treści)

Na lekturę książki miałam ochotę już w 2007 roku, kiedy w księgarniach można było znaleźć nowe wydanie trylogii - bo "Złoty kompas" to część pierwsza z trzech. Odrzuciło mnie wtedy jednak kilka zdań z okładki, m.in. o tym, że bohaterowie chcą obalić Królestwo Niebieskie, a zamysł serii to aluzje w stronę kościoła. Potem obejrzałam film, który wypadł ciekawie, ale nie doczekał się kontynuacji. Seria wciąż mnie intrygowała... Po latach zmieniłam swoje nastawienie do kościoła, a strach przed tym, co mogłam wyczytać, już mnie nie blokował. Zajęłam się szukaniem książki (która od tamtego czasu nie była wydawana) i okazało się, że na serwisach aukcyjnych może kosztować nawet... 200 złotych! W końcu jednak znalazłam całą trylogię dobrej cenie, zamówiłam i... wciągnęłam się.
Po obejrzeniu filmu miałam jako-takie pojęcie o fabule - i faktycznie film całkiem wiernie oddaje treść tomu, poza kilkoma epizodami, które usunięto albo delikatnie zmieniono, co nie miało jednak żadnego wpływu na samą historię. Zabrakło w filmie jednak najważniejszego: zakończenia z książki. Być może wynikło to ze swoistej asekuracji twórców? Być może z przeświadczenia, że finał jest za mocny dla niedorosłego odbiorcy. W każdym razie o ile w całym tomie raczej trudno atakować autora za aluzje w kierunku kościoła (które traktowane są w odniesieniu do instytucji, władczych zapędów, trochę też niechlubnej historii kościoła, a więc są pewnego rodzaju komentarzem społeczno-politycznym, mogą też funkcjonować jako przestroga przed wykorzystywaniem wpływów w celach innych niż te służące dobru), o tyle w zakończeniu proponowana jest inna interpretacja fragmentu Księgi Rodzaju - tego o grzechu pierworodnym. I z jednej strony środowisko katolickie może poczuć się dotknięte (wszak Biblia to dla nich księga święta, nic więc dziwnego), z drugiej Biblia to jednak książka - "Księga nad księgami" - a literatura od zawsze dostarczała materiału wyobraźni. I tak jak Dan Brown napisał "Kod Leonarda da Vinci" posiłkując się tekstami kultury (nie tylko Biblią, ale i obrazami wielkich mistrzów), tak Pullman przedstawił swoje rozumienie pewnych kwestii. Obu autorów różni jednak to, że - jak sądzę teraz, po lekturze I tomu Mrocznych Materii, bez znajomości wypowiedzi autora itd. - Brown święcie wierzył w to, co napisał ("prawda objawiona" niemalże), natomiast Pullman... czynił aluzje literacko - nie po to, by przekazać prawdę o Pyle, ale by w innym świetle zobaczyć to, co dzieje się obok nas: nadużycia władzy, czynienie ludzi posłusznymi ponad wszystko, odbieranie dzieciom głosu itp. Obecnie zaczęłam czytać kolejny tom, w którym akcja ma przebiegać w naszym świecie - ciekawa jestem, jak tam został pokazany Kościół. Na ten moment daleka byłabym od nazywania książki herezją - bliżej miał do niej Dan Brown.
ALE! Nie napisałam za wiele o fabule. Cóż: kto chce, może sobie przypomnieć film i będzie miał zarys, kto woli książkę - niech sięgnie po nią sam. W każdym razie... Pullman proponuje nam silną bohaterkę-dziewczynkę: dwunastoletnią Lyrę, która jest dzielna, klnie, gdy trzeba, potrafi zatroszczyć się o siebie i o swoich przyjaciół. To taka trochę inna Pippi, tj. zachowują się podobnie, ale Lyrze daleko jest do swoistej beztroski panny Pończoszanki. Bohaterka uwikłana jest w konflikt, który dotyka kilku wymiarów, a od jej decyzji zależą losy świata. Warto - chociażby dla tej silnej dziewczęcej postaci!


Obecnie czytam i jest szansa na recenzję w ramach Biblioteczki Pani Sowy cz. 9:
  • "Chcemy całego życia. Antologia polskich tekstów feministycznych z lat 1870-1939" wyboru tekstów dokonała Aneta Górnicka-Boratyńska - kupiłam z myślą o pracy doktorskiej, ale to taka książka, którą każda Polka powinna mieć w domu 
  • "Przybysz z morza" Winston Graham (tom 8) - Akcja 10 lat po wydarzeniach z poprzedniego tomu?! Are you kidding me?!
  • "Magiczny nóż" Philip Pullman - drugi tom Mrocznych Materii, ten z odniesieniami do naszego świata, choć nie brakuje... jeszcze innego. Komplikuje nam się opowieść! (A wydawać się mogło, że dużo działo się w "Złotym kompasie"!)

Obecnie czytam i skończyć nie potrafię:
  • "Zamknięta trumna" Sophie Hannah - że niby "nowa" Agatha Christie... To nie pierwsza książka z Hercule Poirotem tej autorki, którą czytam, ta natomiast już od początku tak mnie zniechęciła, że czyta się bardzo trudno... Postać inspektora, który na moje nieszczęście jest tutaj narratorem, odrzuca... To jak Lestrade z cyklu o Holmesie, którego dopuszczono do głosu. Dodatkowo wypowiada się tak pompatycznie, że zapomnij o wciągnięciu się w akcję. On z niej sukcesywnie wybija, nie pozwala się wkręcić w opowieść, a to przecież powinien być - jasna cholera - wciągający kryminał, czyż nie tak? Trochę o swoich doświadczeniach pisałam przy okazji poprzedniej książki "nowej Christie" TUTAJ - ale tam przynajmniej styl był do przełknięcia... (I po raz kolejny te wielkie "Agatha Christie" na okładce, które zajmuje jakąś 1/3 miejsca!, podczas gdy prawdziwe imię i nazwisko autorki gdzieś tam sobie na dole zamieszczono. Mniejsze, oczywiście. Bezczelne wprowadzanie w błąd!)
  • "Instrukcja obsługi toksycznych ludzi" Katarzyna Miller, Suzan Giżyńska - Jak zepsuć książkę dobrej autorki? Książkę, która porusza ciekawy i ważny temat, która zapowiada się w zasadzie... doskonale? Zupełnie olać interpunkcję i stosować błędy rodem ze szkolnych zeszytów. Korekta tej książki to jakaś totalna porażka - wolałabym chyba, żeby nikt za nią nie odpowiadał, by tekst przedrukowano wypisz-wymaluj tak, jak to Katarzyna czy Suzan napisały (A może jedynie notowano to, co mówiły?) - przynajmniej byśmy mieli do czynienia ze "stylem autora"... Ale nie. Zatrudniono firmę (osobę?) o wielce sugestywnej nazwie Melanż (sic!), która odpowiadała i za redakcję, i za korektę. No i już wiadomo... "To na melanżu, to było na melanżu, brat/ Było tak (...)"

Czy Wy macie książki, z którymi "nie jest Wam po drodze"? Które zdają się torturą, męczą? A może macie szczęście tylko do takich, które okazują się wciągającą przygodą już od pierwszej strony (albo przynajmniej kilku następnych)? Podzielcie się tytułami!

2 komentarze:

  1. Po ten Atlas mitów sama bym chętnie sięgnęła :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem Ci, że zamówiłam go z myślą o dzieciach, ale jak otworzyłam... Nie ma bata, bez walki nie oddam 😂

      Usuń