3/11/2018

BE CHANGEMAKER: kochaj i bądź wdzięczny - wywiad z Izą z bloga Domowy Zakątek

Otworzyć dla ludzi serce - to nie jest łatwe, wymaga pracy nad sobą. Codziennego ćwiczenia duchowych mięśni, by wyciągać do człowieka rękę, gimnastykowania pogody ducha, by ludzkie odmowy czy machanie ręką nie zabiły w nas optymistycznej żywiołowości - pędu ku aktywności. Iza z bloga Domowy Zakątek pokazuje, jak z codzienności wyłuskać to, co najpiękniejsze. Jak sama zaznacza, jej świat nie jest cukierkowy, a życie bajkowe (jak można sądzić, przeglądając jej stronę - kolorową, wesołą, rodzinną) - ale o to właśnie chodzi, by z każdego dnia wyławiać dobre chwile, momenty, które sprawiają, że nasze życie jest cudem - bo jest!

fot. Domowy Zakątek

PANI SOWA: Ilekroć odwiedzam twój blog - domowyzakatek.blogspot.com - od razu otula mnie ciepło, a usta uśmiechają. Bije od niego pozytywna energia, miłość do życia i innych ludzi. Powiedz mi, proszę, jakie były jego początki? Czy to miał być twój wirtualny pamiętnik, taka "myślodsiewnia", album wspomnień? Czy może chciałaś się dzielić swoimi pomysłami co do rękodzieła albo urządzania wnętrz?

IZA (DOMOWY ZAKĄTEK): Dziękuję ci, Kochana, za tyle miłych słów odnośnie bloga. Pierwsza myśl o stworzeniu tego miejsca pojawiła się w 2007 roku, kiedy to poznałam Sylwię, która prowadziła taki właśnie internetowy dziennik dotyczący swojego macierzyństwa. Nawiązałyśmy kontakt i bardzo się zaprzyjaźniłyśmy. Nowe miejsce zamieszkania po ślubie sprawiło, że bardzo zapragnęłam nawiązania nowych kontaktów, dzielenia się z innymi swoją codziennością i inspirowania siebie i innych. Nie miałam jednak na tyle odwagi, aby zrobić ten pierwszy krok, a poza tym nie miałam na tyle opanowanej obsługi komputera.
Dopiero po 4 latach odważyłam się stworzyć swój blog i zamieścić na nim swój pierwszy wpis.
Byliśmy wtedy na etapie przeprowadzki na nowo wybudowane piętro i w powiększonym składzie, ponieważ już wtedy z dwójką dzieci: 4,5-letnim Dominikiem i prawie dwuletnim Nikodemem.
Wtedy chciałam się dzielić wszystkim: radością z uszytej zasłony czy pierwszej szydełkowej zazdroski, pierwszym wspólnym śniadaniem w nowej kuchni, ulubionymi książkami, ciekawymi miejscami… Naszą codziennością.

Podziwiam cię za to, jak wiele robisz. Dom, dzieci, praca... A w międzyczasie czas na działania kreatywne, organizowanie spotkań... Skąd bierzesz siłę? Gdzie znajdujesz motywację? Wiesz, łapię się czasem na myślach, że nie mam ochoty, że chciałabym mieć wszystko gdzieś... Odpocząć, nie musieć się niczym przejmować... Wiem, że wiele mam ma podobne myśli. Jak odczarować monotonię codzienności, masz może jakiś sposób?

Razem z dziećmi spędziłam w domu prawie 11 lat. Kiedy były małe, nie wyobrażałam sobie pracować, bo z całego serca pragnęłam poświęcać im jak najwięcej swojego czasu i uwagi. Miewałam dni, kiedy miałam dość, ale mąż i dzieci to była moja siła napędowa. Od dziecka czułam i wiedziałam, że jestem stworzona do macierzyństwa i że ten dar bycia mamą do czegoś zobowiązuje. Bardzo pragnęłam, aby nasi synowie mieli piękne dzieciństwo i piękne wspomnienia. Miałam w sobie jakieś takie pragnienie bycia dla nich mamą jak najlepszą. Pamiętam planowanie pierwszych urodzin, kiedy to chciałam wszystko przygotować sama. Nauczyłam się piec i dekorować torty, które z roku na rok były coraz piękniejsze. Poznałam mamy, tak aby moje dzieci już od pierwszych miesięcy miały kontakt z innymi dziećmi. Każdego dnia wraz z moim mężem chciałam im stworzyć piękny i kolorowy świat, przy okazji wiele się ucząc i ubogacając swoje życie. 

Nie jestem idealną żoną ani mamą. Teraz, kiedy dzieci są większe, a ja pracuję, coraz częściej nic mi się nie chce i czasem odpuszczam; wówczas nasze dni są całkiem zwyczajne, ale zawsze znajdzie się jakiś taki drobny element, miła chwilka, która ubarwia mijający dzień.
Może temu, że teraz coraz częściej nic mi się nie chce, winne są moje pomysły, które w mojej głowie dwoją się i troją. To na pewno na dłuższą skalę wypala, ale zarazem dodaje sił i motywacji.


fot. Domowy Zakątek

Uwielbiam opowieści o urodzinach twoich synów. Kiedy w Waszym domu zbiera się cała klasa i gromada dzieci wspólnie bawi się, zajada, śmieje i spędza czas... Kiedy czyta się czy słyszy o coraz gorszej młodzieży, a potem odwiedza twój blog... serce rośnie. Że jest nadzieja, że młodzi ludzie są cudowni. Czy może rówieśnicy twoich synów są szczególnie wyjątkowi? ;) Jak myślisz, skąd wzięło się ich przywiązanie do siebie, taka... radość z bycia ze sobą? Ewentualnie, jak pomóc dzieciom we wzajemnych kontaktach? Co im zaszczepić, jak z nimi rozmawiać, żeby właśnie mieli w sobie tę serdeczność, byli otwarci na drugiego człowieka? 

Kiedy nasz starszy syn miał dwa latka, zorganizowałam mu pierwsze urodzinki, na które zaprosiliśmy inne dzieci. To było jego pierwsze tzw. kinderparty :) Dwa domy dalej mam cudowną sąsiadkę, która ma rok młodszą córkę. Bardzo się zaprzyjaźniłyśmy i nasze dzieci spędzały ze sobą prawie każdy dzień, w ciągu tygodnia również. Kiedy po ślubie przyprowadziłam się do tej miejscowości, najbardziej obawiałam się tego, że nie będę tu nikogo znała. Pamiętam, że kiedy Dominik skończył 5 miesięcy, wsadziłam go do wózka i poszliśmy na spacer, podczas którego poznałam inną mamę z córeczką w jego wieku. Później pojawiło się jeszcze kilka mam i z roku na rok gości na przyjęcia nam przybywało.
Gdy nadszedł okres szkolny, zastanawialiśmy się, jak wszystkich pomieścimy, ponieważ u Dominika większość dzieci zapraszała się na urodziny. Mieszkaliśmy już wtedy na pięterku i zaprosiliśmy prawie całą klasę. Było ok. 25 osób. Połączyliśmy ze sobą dwie ławy, a na krzesełka i podesty położyliśmy długie deski owinięte kocami, które służyły jako siedziska. Były konkursy i zabawy, no i oczywiście zawsze tematycznie tort, zgodny z bieżącymi zainteresowaniami jubilata.
Urodziny młodszego syna na początku były dużo mniejsze, ale gdy poszedł do szkoły, zaprosiliśmy calutką klasą. Panowała wtedy ospa i wiele dzieci nie przyszło, ale i tak w sumie było ok. 25 osób. Te dwa dni w roku, kiedy chłopcy obchodzą swoje urodziny, to takie święto dla całej naszej rodziny. Lubię ten gwar i te przygotowania. Lubię patrzeć na te uśmiechnięta i zadowolone buzie zarówno jubilatów, jak i małych gości.
Większość dzieci robi teraz urodziny w różnych bawialnia, na basenie, w kręgielniach, ale chłopcy najbardziej lubią te w domu.
Bardzo lubię klasę mojego starszego syna, która dzięki wychowawczyni w młodszych klasach była bardzo zżyta. Bardzo często zapraszaliśmy do siebie inne dzieci, bo to najlepsza okazja, żeby je poznać i też wiedzieć o nich więcej. W końcu to teraz z nimi nasze dzieci spędzają większą część dnia. Nasz starszy syn miał cudowną wychowawczynię, która była bardzo otwarta na moje pomysły i jako niepracująca mama często gościłam w szkole, przygotowując z panią różne atrakcje dla dzieci. Oprócz wycieczek był dzień gier planszowych, kiedy to zabrałam nasze Story Cubes i dzieciaki tworzyły swoje historie, dekorowaliśmy ciasteczka, organizowaliśmy zabawy i spotkania. Najmilej wspominam pewien majowy dzień, kiedy zorganizowałam Noc w bibliotece. Były zabawy, ognisko, tort o północy w bibliotece i nocowanie w domu pielgrzyma udostępnionym przez księdza (w tym samym budynku znajduje się również biblioteka). Na spotkanie przyjechał do nas najprawdziwszy bajarz z Katowic, który opowiadał śmieszne i straszne historie. Były też nocne podchody i skarb, czyli skrzynia z książkami dla wszystkich. Nic by się nie udało, gdyby nie otwartość wychowawczyni i współpraca mam, które szykowały garnki z pieczonkami, kiełbaski, dowoziły koce i śpiwory.
Jeśli chodzi o otwartość i serdeczność, to niestety musimy o nią walczyć i starać się każdego dnia. Niektórzy może i mają to wrodzone, ale ja widzę, jak dużo trzeba sił i wytrwałości, aby osiągnąć efekty. Wiem, jak wiele jeszcze pracy przede mną, bo nasze dzieci spotykają coraz to nowe osoby i wciąż na nowo muszą się wielu rzeczy uczyć.
Ja też muszę się starać i wkładać wysiłek w to, aby być bardziej otwartą, bo mimo że serdeczności do ludzi mi nie brakuje, to jednak z tą otwartością jest różnie. Kiedyś byłam bardziej zamkniętą i małomówną osobą. Zdecydowanie blog pomógł mi aby to zmienić. Mam odwagę napisać do kogoś czy nawet po napisaniu kilku maili poprosić o numer i zadzwonić. Razem z rodzinką zaprosiliśmy do nas wiele poznanych przez bloga rodzin i sami również byliśmy w gościach. To taki wspaniały i wartościowy czas dla nas wszystkich. 


fot. Domowy Zakątek

 fot. Domowy Zakątek

Lubisz spotkania z innymi kobietami, prawda? Wpierw te organizowane przez innych, z których czerpałaś pełnymi garściami, teraz sama takie organizujesz: kreatywne, kobiece, z czasem na modlitwę. Co jest dla ciebie w nich najważniejsze? Co z nich wynosisz, co one dają? I wreszcie (ponownie): skąd bierzesz siły i motywację? Bo myśleć o takich cyklicznych spotkaniach jest bardzo łatwo (i przyjemnie), ale jak przekuć myśl w czyn?

Najważniejsze w tych spotkaniach jest dla mnie bycie razem. Każda z nas ma wiele spraw na głowie, jednak każda wyczekuje go i cieszy się na nie. To, że jest w nich element modlitwy, sprawia, że są one jeszcze bardziej wartościowe. To, że dziewczyny chcą na nie przyjeżdżać, jest dla mnie znakiem, że patrzą w tym samym kierunku, że mają podobne wartości.
Aby przekuć myśl w czyn, zawsze trzeba zrobić ten pierwszy krok, czyli zaprosić. Trzeba się liczyć z tym, że nie każdy na to zaproszenie odpowie, a później z tym, że trzeba myśleć o jakimś większym metrażu, żeby się pomieścić ;)
Pierwszą na to spotkanie zaprosiłam moją kuzynkę. Byłyśmy akurat po rekolekcjach dla kobiet, przyjaźniłyśmy się od lat, wyznajemy te same wartości. Później zaprosiłam moją  sąsiadkę, z którą się również przyjaźnię, i siostrę. Kolejne trzy osoby, które zaprosiłam, odmówiły. Początkowo spodobał się im pomysł, ale jednak nie przyszły i to mnie trochę zraziło. Nie wiedziałam czy pytać dalej, ale pomyślałam, że tak czy siak będziemy we cztery, a to już coś. A później chętne same się znalazły…
Najczęściej na spotkaniach jest nas osiem i to taka dobra liczba, żeby nawiązać relację, porozmawiać i wspólnie coś stworzyć - bo na każdym spotkaniu robimy coś kreatywnego i to nam daje wielką radość.
Po każdym spotkaniu serce unosi mi się z radości, a żegnając się, już myślę o tym, co będziemy robić za miesiąc. One mnie motywują i ubogacają. Bardzo lubię spotkania z innymi kobietami i będę się starać, aby ten comiesięczny cykl utrzymać.

Wybrałam dla ciebie słowo-klucz i jest nim... "KOCHAJ". Zwyczajnie czuć miłość, jaką darzysz i swoją rodzinę, i przyjaciół czy znajomych, swój dom, zajęcia, świat dookoła... To widać i na zdjęciach, i w słowach, które przelewasz na ekran... Wydaje się to takie... bajkowe... w świecie, który codziennie trąbi o kataklizmach, ludzkich podłościach i sytuacjach, które niejednego przyprawiłyby o ból głowy... Droga Izo... Jak Ty to robisz? ;) Czy tajemnica tkwi w Twoim charakterze, czy w wierze, która dodaje sił i wzmacnia, a może w szczęściu do osób, które spotykasz na swojej drodze? Jak poruszyć swoje serce, otworzyć się na świat i przesyłać uśmiech? A może nie ma na to żadnego sprawdzonego, jedynego właściwego przepisu?
 
Piękne słowo wybrałaś!
Kocham KOCHAĆ!
Tak sobie myślę, że Pan Bóg jest dla mnie bardzo hojny. Cudownie mnie obdarował uśmiechem i pozytywnym nastawieniem do życia.
Kiedy miałam rok i dwa miesiące, zmarła mi mama. Wiem, że wielu moim bliskim świat się wtedy zawalił. Byłam zbyt mała, żeby pamiętać swoją mamą. Pan Bóg bardzo szybko podarował mi drugą mamę, która nauczyła mnie wiary. Odkąd pamiętam, miałam w sercu wielką wdzięczność za swoje życie i ufność, że to, co Pan Bóg dla mnie przygotował, jest dobre. Niektóre osoby dziwiły się, że jestem taka uśmiechnięta, że powinnam raczej czuć się pokrzywdzona przez życie. Ta moja druga mama posłała mnie też do najwspanialszej szkoły, jaką mogłam sobie wymarzyć, czyli do Katolickiego Liceum w Częstochowie. Poznałam tam wspaniałe przyjaciółki, z którymi do dziś utrzymuję kontakt i najcudowniejszego dyrektora wychowawcę, który swoim świadectwem życia pokazał mi najwspanialszy wzorzec rodziny: takiej, o jakiej marzyłam dla siebie w przyszłości. Kiedy byłam w drugiej albo trzeciej klasie, podarował mi piękną modlitwę o miłość, czystość i dobrego męża. Dzięki tej modlitwie znalazłam cudownego mężczyznę, którego pokochałam, wytrwałam z nim w czystości i poślubiłam. Razem stworzyliśmy rodzinę, o jakiej marzyliśmy, bo on również modlił się o dobrą żonę :)
Świadomość kruchości życia i myśl o tym, że straciłam mamę tak wcześnie, sprawiały, że jeszcze bardziej i więcej chciałam czerpać z życia. Zaczęłam prowadzić dzienniki w kalendarzach i zapisywać w nich choćby kilka momentów z naszej codzienności. Wiem, że dla wielu nasze życie - oceniane przez zdjęcia i bloga - może wydawać się cukierkowe, ale niestety nie jest ono pozbawione większych i mniejszych trosk codzienności. Jednak ufna wiara sprawia, że wspólnie je pokonujemy.
Moim marzeniem jest przekazać wiarę i te wartości naszym synom, dlatego codziennie modlimy się wspólnie, chodzimy do kościoła, jeździmy na rekolekcje. To taka nasza codzienna praca i inwestycja w ich przyszłość. Oprócz przekazania wiary staramy się, aby nauczyli się doceniać ten CUD CODZIENNOŚCI, bo życie jest cudem i to wszystko, co dobre się dzieje w naszym życiu, również. Mimo podłości tego świata, dobrego dzieje się dużo, tylko trzeba umieć to dostrzegać i być za to wdzięcznym, a WDZIĘCZNOŚĆ to również dla mnie bardzo kluczowe słowo.


fot. Domowy Zakątek

fot. Domowy Zakątek
  
Na koniec, co cię inspiruje? Często dzielisz się na blogu cytatami, które cię poruszyły, stały się ważne. Gdybyś miała wybrać teraz jeden dla nas - wspierający, motywujący, dodający sił... czyje słowa by to były?
 
Wszystko mogę w Tym, Który mnie umacnia. 
Te słowa z listu świętego Pawła do Filipian towarzyszą mi tak szczególniej właśnie od liceum i kiedy było mi źle i trudno, to sobie o nich myślałam. Nadal o nich myślę: nie tylko w trudnych chwilach, ale także w nowych sytuacjach.
Pismo Święte to natchniona i bardzo inspirująca Księga, która jest przepełniona pięknymi słowami.
Inspirują mnie książki, blogi, czasopisma, zdjęcia, podróże, ale chyba najbardziej spotkania. Tak jak już wspominałam, cieszy mnie poznawanie nowych osób, zwłaszcza kiedy możemy się spotkać twarzą w twarz. Kiedy możemy kogoś odwiedzić, porozmawiać, zobaczyć, jak mieszka, posmakować nowych potraw, zobaczyć, co czyta, co go pasjonuje, jak spędza czas. To wszystko sprawia, że z takiego spotkania wracamy ubogaceni.

Za kilka dni marzec. Do końca roku zostało jeszcze 10 miesięcy, a ja marzę o tym, aby w tym roku było jeszcze więcej takich inspirujących spotkań. Kto wie, może wkrótce i my spotkamy się z naszymi rodzinami? :) Już dziś serdecznie cię zapraszam! :)
 
Bardzo ci dziękuję za rozmowę i zaproszenie! Wszystkiego dobrego na wiosnę!
 

BE CHANGEMAKER to akcja, za pośrednictwem której chcę Was zachęcić do wprowadzania zmian w swoim życiu. Do odwagi, szukania w sobie siły, by nasza codzienność była lepsza, po prostu. Nie chodzi tu o wielkie metamorfozy, wywracanie porządku, przewracanie naszego dotychczasowego świata o 180 stopni. Często zapominamy (albo wydaje nam się, że inaczej nie można), że każdy wielki krok jest sumą małych kroczków. Że gdyby zacząć od niewielkich rzeczy, drobnych spraw, można zmienić wiele... Że jeśli zacznę najpierw od siebie - tej małej postaci tutaj, tej kropeczki na mapie świata, mróweczki - to w efekcie cały świat mogę zmienić; powoli, po kolei, może nie spektakularnie, ale skutecznie.

Wpisy w ramach akcji BE CHANGEMAKER rozplanowałam na pół roku, a w każdym miesiącu będzie ich podwójna odsłona: "teoretyczna", z moimi przemyśleniami i inspiracjami dla Was oraz konkursem (!) oraz "praktyczna" (jak dzisiejsza) - wywiad z blogerem, który we własnym życiu wprowadza zmiany, który nie boi się działać, realizować swoich marzeń, który na swoim przykładzie pokazuje, że da się - wystarczy tylko chcieć i się nie poddawać. Mam marzenie, byśmy razem inspirowali się do twórczego zmieniania naszego życia - do przemieniania go w lepsze, by nasz świat (czy ten mały, zaraz obok, czy ten wielki, pojmowany globalnie) zwyczajnie był LEPSZY.W końcu... Hoo Hooo things patronuje rzeczom, że hoo hooo, prawda? Niech nasze życie też będzie piękne! (i duchowo, i materialnie - co wcale nie musi mieć niczego wspólnego z pieniędzmi)

6 komentarzy:

  1. Cudny wywiad. Dziekuje!

    OdpowiedzUsuń
  2. "Nie jestem idealną żoną ani mamą" - kiedyś uśmiechałam się, kiedy słyszałam takie stwierdzenie. Teraz, kiedy sama jestem mamą zrozumiałam co to oznacza. Dziecko zmieniło moje życie na lepsze, ale nie mam już tyle czasu na pasję i zajęcia, które uwielbiałam przed jego narodzinami. Po porodzie nie chciałam zwolnić, chciałam robić wszystko i jak najlepiej. Szybko okazało się, że z czegoś trzeba zrezygnować, albo nie robić tego na 100%. Właśnie dlatego nie będziemy nigdy idealne :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W ogóle nigdy nie będzie się idealnym - zawsze znajdzie się coś, co można by zmienić, poprawić, polepszyć... Zwłaszcza, gdy czasu mniej, a zajęć więcej - jak to w życiu mamy zwłaszcza bywa ;)
      Heh, dokładnie - czujemy czasem taką moc, energię, ale gonitwa za perfekcjonizmem na dłuższą metę nie służy... Męczy ;)

      Usuń
  3. Cieszę się, że tu trafiłam. A Izę podziwiam od dawna :) :) :)
    Super wywiad.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. Rewelacyjny wywiad.:) Uwielbiam zaglądać do Izy.:) Przesyłam moc serdeczności.:)

    OdpowiedzUsuń