3/07/2021

filmy dla dzieci, które powinien obejrzeć każdy rodzic

Wzruszające, dające do myślenia. Które pod płaszczykiem rodzinnego sensu i dobrej zabawy (wszak kino familijne jest raczej rozrywką, prawda?) przemycają dużo prawd wartych przyswojenia. 

Znasz je wszystkie? Czy chcesz dodać coś do mojej listy?

 

 

 "Krzysiu, gdzie jesteś?"

Kto nie zna Kubusia Puchatka? Tego uroczego misia o bardzo małym rozumku, rozsmakowanego w miodku?

Film Marca Fostera to chyba pierwsza aktorska adaptacja opowieści o niedźwiadku wymyślonym przez A.A. Milnego. Bałam się nieco SG postaci - uroczych pluszaków tutaj ze zmechaconym futrem, jak gdyby zabrudzonych, zakurzonych, miejscami nieco creepy. I o ile miejscami czułam związany z tym lekki dyskomfort, o tyle cała historia i ciężar emocjonalny odwróciły moją uwagę od warstwy wizualnej. Bo ten film "sprzedaje" (chociaż to złe słowo - raczej wyciąga ręce i nam na nich daje) ważną prawdę: dla tzw. dobra dziecka nie możesz zapomnieć o jego prawdziwych potrzebach.

Krzyś nie jest już chłopcem. Jest mężczyzną, który założył rodzinę; ma żonę i córeczkę. I ta córeczka chciałaby spędzać z nim czas, chciałaby więcej się bawić i po prostu cieszyć dzieciństwem, ale... nie może. Musi się uczyć, musi zapracować na dobre oceny, żeby potem znaleźć dobrą pracę i być szczęśliwa. Bo z różnych przyczyn jej tata - chcący dla rodziny jak najlepiej, przecież to oczywiste - nie trafił zawodowo najlepiej i wciąż musi coś po godzinach liczyć, załatwiać, wciąż jest myślami w pracy, żeby zapewnić ukochanym kobietom godny poziom życia. Stąd tłumaczy córce, jak ważne jest, by i ona dawała z siebie teraz wszystko: by gdy będzie dorosła trafiła lepiej, by dostała wymarzoną pracę i mogła więcej czasu poświęcać swoim pasjom albo... rodzinie. Ha! Dostrzegacie już ten zasadniczy twist myślowy, paradoks, który jest tak powszechny w myśleniu dorosłych? Pracuj więcej i nie miej czasu dla bliskich, żeby zarobić więcej i mieć czas dla bliskich. Plus nauka dla dzieci: ucz się pilnie, pracuj ciężko i nie miej czasu na "głupstwa", żeby w przyszłości znaleźć dobrą pracę i wreszcie cieszyć się życiem. Ta ciągła gonitwa za jakąś bliżej nieokreśloną przyszłością czy lepszym Jutrem jest zgubna: bo kto wie, co wydarzy się następnego dnia? A jeśli on będzie ostatnim? Co powiemy sobie albo własnym dzieciom na moment przed śmiercią?

W oryginale tytuł brzmi "Christopher Robin" i pokazuje, kto jest głównym bohaterem - kto potrzebuje lekcji i kogo losy tak naprawdę będziemy śledzili. W Polsce jednak imiona chłopca nie przyjęły się, tłumaczenie Ireny Tuwim - zdrabniające, udziecinniające pewne fragmenty - wprowadziło do literatury Krzysia. Tym samym polski tytuł filmu wprowadza nam drugiego z głównych bohaterów: Kubusia Puchatka. To Kubuś pyta, gdzie jest Krzyś. Kubuś postanawia poszukać swojego ukochanego przyjaciela. W tym celu opuszcza Stumilowy (czy też Stuwiekowy) Las i wyrusza... do świata ludzi.

Spotkanie bohaterów jest znamienne: Kubuś idealnie (choć nieświadomie) wciela się w rolę małego, nieporadnego dziecka, a Krzyś - tfu! - Krzysztof przyjmuje postawę karcącego, zniecierpliwionego rodzica. Obserwacja spotkania tych dwóch postaci po latach może być bolesnym otrzeźwieniem dla rodzica - dla mnie była. Jak często rezygnuję z bycia Krzysiem - zainteresowanym tak ważnymi dla mojego ukochanego misia sprawami, a nieważnymi dla kogokolwiek innego - a przemieniam się w Krzysztofa, który nie podnosi wzroku znad papierów, bo "musi pracować" i ma dość dziecięcej krzątaniny, która go męczy, dość odpowiadania na absurdalne pytania?

Jest taka scena w filmie, która łamie serce. Krzyś (rodzic) krzyczy na Puchatka (dziecko), rani go słowami - i to mocno. Kubuś znika. Stumilowy Las staje się nagle miejscem smutnym, pustym. I tę pustkę mocno się czuje gdzieś w środku. Co zrobi Krzysztof? Czy odnajdzie dawnego przyjaciela i czy jego zniknięcie go wreszcie otrzeźwi?

Przypominam sobie jedną z ostatnich scen - kiedy do akcji włącza się córeczka głównego bohatera i próbuje ratować tatę. Po dziecięcemu stara się ogarnąć ważne dorosłe sprawy swojego ojca i kiedy widzimy, jak załamuje się nad plikiem firmowych dokumentów - tak naprawdę nic nie znaczących dla życia jakiegokolwiek człowieka (bo ważnych tylko z biznesowego punktu widzenia), gula staje w gardle. Bo nagle rozumiesz, że to dziecko ryzykowało niemal wszystko, by ocalić to, co dla jego rodzica jest "najważniejsze": jakieś głupie kartki papieru.

Ten film przewartościowuje wiele, jeśli tylko otworzysz serce i zechcesz dostrzec w Krzysztofie Robinie siebie - rodzica, który chyba za często zapomina, jak to jest być dzieckiem.

Dlatego zapytajmy naszego wewnętrznego dziecka: Krzysiu, gdzie jesteś?

 


 

"Hook"

Podobną lekcję daje nam film "Hook" - historia dorosłego Piotrusia Pana, który (podobnie jak Krzyś) dojrzał, założył rodzinę i trochę się w tej dorosłości pogubił. 

Piotr jest prężnie działającym biznesmenem, co chwila siedzącym na telefonie komórkowym (to film z 1991 roku, więc to rozwiązanie było pewnym novum i pokazywało pozycję bohatera). Jego syn łaknie uwagi ojca, ale jej nie dostaje - jeśli już to w formie reprymend czy ustawiania w szeregu. Żona bohatera też ma już dosyć - tłumaczy, że nie takiego Piotra pokochała, że mógłby chociaż w domu wyłączyć telefon. Ha! Brzmi znajomo?

Sytuacja przyjmuje gwałtowny obrót, gdy dzieci bohatera zostają porwane przez samego... kapitana Haka. Żądny zemsty na dawnym wrogu domaga się, by Piotruś wrócił do Nibylandii i stoczył pojedynek - stawką jest życie jego syna i córeczki.

Piotr oczywiście wszystko z początku wypiera. Dzwoni po policję, wszystkimi możliwymi zdroworozsądkowymi sposobami stara się coś przedsięwziąć. Tutaj jednak jest bezbronny - zupełnie inaczej niż w pracy, gdzie dla swoich ludzi jest rodzajem bohatera, autorytetem.

Dopiero otwarcie się na luz, spontaniczność, na zachowania może nieracjonalne, ale np. służące wyobraźni, Piotr odnajduje w sobie Piotrusia Pana. Moment, gdy jeszcze nieprzemienionego bohatera (czyt. w zasadzie zdziadziałego dorosłego) rozpoznaje najmłodszy z Zagubionych Chłopców, jest niezwykle wzruszający i pokazuje, jak dziecko potrafi patrzeć głębiej. To właśnie ten moment - obdarzenie zaufaniem przez małe, bezbronne dziecko - stanowi początek zmian, których finałem jest walka o prawo do bycia rodzicem - walka o miłość własnego dziecka.

 


 "Maleństwo i przyjaciele"

...choć ja nazwałabym ten film "Królik i przyjaciele" - bo to raczej przemianę tego bohatera obserwujemy. Motywowaną osobą Maleństwa (małego kangurka), niemniej dalej to Królik jest tutaj tym, który zajmuje najwięcej uwagi odbiorcy i którego drodze (takiej w rozumieniu mentalnym) poświęca się najwięcej czasu.

Tak, znowu w zestawieniu ląduje opowieść z uniwersum Kubusia Puchatka - tutaj jednak animowana, do jakiej do tej pory byliśmy przez Disneya przyzwyczajeni.

Ten film nie pojawiłby się tutaj, gdyby nie rola, jaką nieświadomie odegrał w mojej terapii i - być może - odegra w życiu kogoś z Was, dlatego pozwoliłam sobie przytoczyć ten tytuł.

Trafiłam na terapię behawioralno-poznawczą z pewnego jednego ważnego powodu (który dla tej opowieści nie jest istotny, więc to pominę), ale w trakcie kolejnych spotkań rozmowa o temacie A zmieniła się w rozmowę o niemal całym moim życiu, w zasadzie o relacjach ze wszystkimi bliskimi mi osobami. Wiecie, na zasadzie, że przychodzisz rozwiązać jeden problem, a tutaj okazuje się, że uwikłane jest w to wszystko. Cóż, 🤷 najczęściej tak właśnie bywa. W tracie więc cotygodniowych spotkań zeszłyśmy z moją terapeutką na temat... mnie jako mamy. Czy może nie jestem zbyt uporządkowana i czy nie wymagam tego porządku za dużo. Czy muszę tak się skupiać na codziennym odkurzaniu, czy nie ma we mnie większego luzu, na przykład w trakcie spacerów z dziećmi. A jeśli nie - dlaczego i co można by zmienić. I może to wyda się niezwykłym zbiegiem okoliczności, ale tak właśnie było: kilka dni między jedną sesją a drugą, trafiłam z dziećmi na "Maleństwo i przyjaciele" w telewizji. Zaczęłam oglądać i... popłakałam się. 

Znalazłam w Króliku... siebie. Po prostu. Pedant, najlepiej z planem, bo bez niego szaleństwo. Bo dzieci to chaos, krzyki, bo klejenie pisanek bez opamiętania i posypywanie brokatem, który lata w powietrzu wszędzie to coś nie do wyobrażenia, potwornego. Bo jak sobie wymyśli dekoracje, to chce je mieć konkretnie takie, jak sobie wymarzył - więc najlepiej zrobić je samemu, bo reszta rodziny zapewne coś zepsuje, albo zrobi bałagan, który trzeba będzie posprzątać, więc 2x więcej roboty. I tak dalej i tym podobne...

Poryczałam się.

Scenarzyści wykorzystali zabiegi narracyjne z "Opowieści wigilijnej". Królik dostał swoją wymarzoną Wielkanoc, a jakże! Tylko że w tej wizji z przyszłości... był sam. Jak palec. Bo nikt z jego bliskich nie chciał być ciągle uciszany, poprawiany, tresowany w zasadzie. Bo oni chcieli cieszyć się po swojemu, mieć radość i spędzić razem czas - bez słuchania o tym, jak będzie idealnie i jacy nie mają być, żeby to się udało. Bo idealnie znaczy razem, swobodnie, a nie z konkretną ilością ozdób porozwieszanych symetrycznie. Rodzina to żywioł, dzieci to żywioł i taka iskra. Dzieci nie są porządkiem, nie są ciszą. I bardzo ważne jest, by nie zabijać w nich tej radości i niewinności postrzegania świata.


Ostatnio (po ok. roku od tamtego razu) ponownie obejrzeliśmy ten film. Już na mnie tak mocno nie działał, już obejrzałam go normalnie. Najwyraźniej spełnił wtedy swoją funkcję - pozwolił mi dostrzec coś ważnego i wyciszyć tego wewnętrznego perfekcjonistę, który niszczył radość z bycia mamą. 




"W głowie się nie mieści"

Jak zrozumieć nastolatka? Jak wejść do głowy dziecka, które nagle zaczyna zachowywać się inaczej niż dotychczas, które wybucha krzykiem, nie chce z nami rozmawiać, które coś przeżywa, ale nie chce wpuścić nas do swojego świata?
Ano obejrzeć "W głowie się nie mieści".

Może i to fantazja, że naszą głowę zamieszkują spersonifikowane emocje, które zarządzają panelem kontrolnym człowieka i decydują w zasadzie o wszystkim (ludzie wydają się być takimi robotami trochę albo przynajmniej maszyną, która składa się z mnóstwa zależnych światów, zasiedlanych przez kolejne spersonifikowane postaci), ale mnie ten sugestywny obraz bardzo przekonuje.

Emocje w istocie rządzą człowiekiem. A ich skala czy skomplikowanie potrafią być różne, wszystko też zmienia się w czasie, bo ciągle dorastamy i dojrzewamy, zmieniamy się właśnie.

W filmie obserwujemy głównie wnętrze Riley - nastolatki, która przeprowadza się do nowego miejsca i musi się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Zmartwienia, niepewność, smutek i strach zaczynają dominować w życiu tej do tej pory radosnej i optymistycznej dziewczynki. Dlaczego? Co takiego się działo? I czy nasze życie zawsze musi być radosne, jak chciałaby tego główna bohaterka filmu - słoneczka Radość, która za wszelką cenę próbuje naprawić sytuację?

Odpowiedź podesłana nam za pośrednictwem tego filmu może i będzie metaforą, ale niezwykle ważną. Pokazującą, że czasem nad emocjami nie ma się kontroli. Że to się czasem po prostu dzieje samo (tak przecież wpływają na nas hormony - np. w trakcie dojrzewania właśnie). Że powinniśmy się wspierać.





Znasz te tytuły? Są dla Ciebie ważne albo zmieniły coś w Twoim postrzeganiu? 

Chcesz dodać jakiś film do tej listy?

4 komentarze:

  1. Dla mnie "W głowie się nie mieści" to absolutny numer 1.! Świetny film, również dla dorosłych.

    OdpowiedzUsuń
  2. Kiedyś to były świetne filmy. ,,W głowie się nie mieści" uwielbiam. ♥
    Nonkonformistka

    OdpowiedzUsuń
  3. Teraz oglądam z chłopcami Dzień na tak. Oglądamy na raty bo czekamy na gości i Leoś co chwilę się przebudza ale początek już bardzo mi się podoba. Porównanie mamy do dyktatora brzmi strasznie dlatego zapowiada się ciekawie.

    OdpowiedzUsuń