5/23/2020

najczęstsze błędy w pracach studentów - Jak pisać? Czego unikać? Poradnik dla wszystkich piszących!

Źle stawiane przecinki? Potocyzmy? Pisanie nie na temat albo gubienie wątku? Mylenie pojęć, problemy z ortografią, a może plagiatowanie? Z jakimi błędami w pracach studentów spotykam się najczęściej? Czy da się ich uniknąć (szybka odpowiedź: tak!) i jak to zrobić? Zapraszam do sowiego poradnika!

Niektórzy pewnie wiedzą, że pracuję m.in. na uczelni, gdzie jako doktor prowadzę zwykle ok. 5 grup w roku akademickim (jako doktorant prowadziłam 3 grupy). Przez 6 lat nabywania przeze mnie doświadczenia jako prowadzący, spotykałam się z różnego rodzaju pracami pisemnymi przygotowanymi przez studentów - różnymi czy to ze względu na poruszaną tematykę, czy na poziom, jaki reprezentowały. Cóż. Według mnie nie ma złego tematu (oczywiście zależnie od tematu samych zajęć), może być jedynie źle sformułowana praca, źle poprowadzone czy niewłaściwe wnioskowanie. W pracach naukowych czy akademickich można pisać nawet o wulgaryzmach, jeśli wie się, jak to robić. (To działa też w drugą stronę: nie zawsze poważny i - wydawałoby się - ambitny temat będzie gwarantem sukcesu.) Dzisiaj chciałabym pochylić się nad błędami, które studenci popełniali (i wciąż popełniają) najczęściej. 




TYTUŁ (i ogólnie TEMAT pracy/tekstu)

Rzecz podstawowa: tytuł powinien powstać... na końcu. Tj. zapisujemy go na początku, jak wskazuje nazwa: tytułujemy nim pracę, ale brzmienie danego tytułu powinno urodzić się w trakcie pisania, jako wypadkowa tego, o czym w tekście mówimy. Zdarzało się bowiem, że w tytule zdradzano już jakiś pomysł interpretacyjny, którego później... zabrakło. Ot, zapomniano o nim w trakcie pisania. Albo (i to był błąd związany z używaniem terminologii - piszę o tym w dalszej części tego materiału) dostaję "analizę", a mam do czynienia z "interpretacją". Lub odwrotnie.

Ktoś może stwierdzić, że nie jest to szczególnie poważny błąd - zwłaszcza jeśli praca sama w sobie jest dobra. Niestety, ale pobłażliwość w tej materii może potem dotkliwie odbić się czkawką... Tytuł mówi nam, czego możemy spodziewać się po tekście, jest jego "reklamą" lub opisem (zależnie od strategii). Jeśli będą w nim przekłamania, czytelnik będzie miał prawo być rozczarowany, a nawet czuć się oszukany! Jeśli więc piszą mi, że trzymam w rękach interpretację, a dostaję tylko analizę lub streszczenie dzieła, jestem niepocieszona. Jeśli ktoś obiecuje nam, że na blogu podzieli się swoimi najgłębszymi sekretami, a potem okazuje się, że blefował, co by klikalność poprawić, mamy prawo się zdenerwować. Bądźmy uczciwi wobec siebie i swoich odbiorców - dobierajmy tytuły z rozwagą i dbałością. One wcale nie muszą być przez to nudne albo nijakie - bycie fair nie znaczy, że nie można być przy tym cool!

Czasem zdarzy się, że chcemy napisać na z góry zadany temat (nawet narzucony przez samego siebie), a w praniu wychodzi co innego. Wówczas albo konieczna będzie zmiana tytułu, by pasował, albo poprawienie samego tekstu. To oczywiście więcej pracy, na którą nie zawsze jest czas, ale tekst, któremu damy odpocząć, do którego usiądziemy po czasie z "oczyszczoną" głową, będzie lepszy, bardziej przemyślany i mniej chaotyczny. Ile razy zdarzało mi się zasiadać do z góry zaplanowanego wpisu, a potem robić niepotrzebne dygresje, bo wątek główny uciekał, bo tyle chciałam dopowiedzieć! W takich momentach musimy być dla siebie surowi i umieć powiedzieć "stop". Jeszcze nie słyszałam o tym, żeby jakiś tekst był zły z powodu klarowności wywodu.


JĘZYK POTOCZNY i WULGARYZMY

Raz tylko zdarzyło mi się sprawdzać pracę zawierającą przekleństwa (W tekście właściwym! Nie jako cytat! 😱🤦‍♀️), co znaczy, że - Na szczęście! - studenci raczej mają świadomość, że praca zaliczeniowa powinna być wolna od wulgaryzmów. Niestety, nie jest to tak oczywiste w odniesieniu do języka potocznego. Niektóre wyrazy tak często są używane w codziennej mowie studentów, że naturalnie przechodzą do języka pisanego - bez świadomości autorów prac, że z tym konkretnym słowem jest coś "nie tak"! Dzieje się tak np. w odniesieniu do przysłówka "ciężko" (podczas gdy powinno się użyć "trudno" - np. "ciężko to zrozumieć" 👉 "trudno to zrozumieć"). Inny przykład... Choć sama nadużywam określenia "fajnie" w wypowiedziach potocznych, zachęcam studentów do rezygnacji z tego słowa. Dlaczego? Jest ono na tyle pojemne znaczeniowo, że... momentami przestaje znaczyć cokolwiek. Kapitalnym przykładem tego była nasza dyskusja na zajęciach poświęconych filmowi "Joker". W rozmowie często padały sformułowania, że to był "fajny film" albo "fajna scena" - kiedy np. główny bohater kogoś mordował z zimną krwią (sic!). Co tutaj znaczyło przytaczane "fajnie"? Kiedy zwracałam na to uwagę, orientowaliśmy się, że ten wyraz-wytrych przekłamuje nasze odczucia. Bo to wcale nie było tak, że zarzynanie człowieka nożyczkami uważamy za "fajne". Raczej że scena była dobrze nakręcona, że zderzenie okrucieństwa z elementami komediowymi wytrącało nas z pozycji bezpiecznego odbioru, że wymagało skupienia i zmuszało do głębszej refleksji. Wreszcie że pokazywało szaleństwo głównego bohatera, ironię całej sytuacji. Czy to wszystko da się zmieścić w słowie "fajne"? Cóż, według mnie raczej nie... Skoro już zabieramy się za pisanie, warto poszukać synonimów (nasz język jest tak bogaty!), a miejscami pokusić się o pogłębienie swojej oceny czy analizy jakiegoś tekstu kultury*. (*Tekstem kultury może być książka, artykuł, film, program w TV, blog, profil na IG, serial, obraz malarski... cokolwiek powiązanego z kulturą!)
Bywają sytuacje, gdy trudno znaleźć synonim albo gdy potrzebujemy użyć konkretnego słowa - powszechnie uznawanego za potoczne. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby to wtedy zrobić, ale jest pewien haczyk: konieczne jest ubranie takiego wyrazu w cudzysłów! Dlaczego? Pokazujemy w ten sposób naszą świadomość językową i kompetencję!


TERMINY i POJĘCIA

Wydaje się, że to taka oczywistość: używać właściwych pojęć, w dobrym kontekście. Tymczasem - jak to w życiu - różnie bywa... Winien są albo brak wiedzy, albo niedopatrzenie (wynikłe np. z pośpiechu), albo... język potoczny. Takim przykładem jest np. termin "bajka". W mowie potocznej znaczy on bardzo wiele: jakąś zmyśloną, nieprawdziwą opowiastkę, często z elementami fantastycznymi, ale również animację dla dzieci. Co ciekawe, zdarza się, że określenia "bajka" używa się do animacji w ogóle, co już tutaj wyraźnie przekłamuje to pojęcie, może bowiem wprowadzić odbiorcę w błąd (np. używanie go w odniesieniu do animacji skierowanych do odbiorcy dorosłego będzie nadużyciem, lapsusem). I jeśli luźno rozmawiamy sobie z kimś o niezwykłych historyjkach - ok, niech będzie, używajmy sobie tego pojęcia dowolnie. Ale gdy chcemy poruszyć wątek jakiegoś filmu animowanego albo - co gorsza! - poopowiadać o gatunku literackim... musimy bardzo, bardzo uważać. Termin "film animowany" można ewentualnie podmienić na termin "animacja", ale należy unikać sformułowania "bajka" - tutaj jest ono infantylne, potoczne. Co się zaś tyczy gatunku literackiego, jakim jest bajka... Ech. Nieświadomi albo niewprawieni użytkownicy języka mogą nie zdawać sobie sprawy z faktu, że jest ogromny bałagan naukowy związany z tym pojęciem. "Bajka magiczna" nie będzie tym samym co "baśń". "Baśń" będzie nazywana przez niektórych "bajką literacką", odmienną jednak od tej "magicznej", wywodzącej się z folkloru. Dla zarysowania skali problemu dopowiem tylko, że swoją pracę doktorską pisałam właśnie na temat baśni, a niemal 1/3 objętości poświęciłam problemowi terminologii! Intuicyjne posługiwanie się więc terminami będzie tutaj rodziło problemy - zwłaszcza kiedy o "Małym Księciu" będziemy chcieli powiedzieć, że to "bajka magiczna" (sic!). Ciekawostka: młodzieżowa literatura fantastyczna ("Piotruś Pan", "Opowieści z Narnii", "Harry Potter i..." oraz inne tego rodzaju) NIE SĄ bajkami 😉 - w kontekście gatunku, bo potocznie możemy tak o nich powiedzieć. Jest różnica!

Podobnie z myleniem opowiadania z opowieścią. "Opowiadanie" jest gatunkiem literackim (choć w języku potocznym to czynność, to jako rzeczownik sprowadza się do określenia konkretnego, ograniczonego zbioru tekstów). Gdy więc student pisze o powieści, a używa w tekście terminu "opowiadanie", gdzieś na świecie umiera mała wróżka. Słowo "opowieść" będzie tutaj szersze - i to właśnie je proponuję stosować w odniesieniu do różnych kulturowych narracji. Nie "opowiadanie"!

Z kolejnym przykładem spotykam się bardzo często w pracach interpretujących teksty literackie. I nie ważne, ile razy bym na zajęciach powtarzała, tłumaczyła, wyjaśniała różnicę, zawsze znajdzie się jakiś rodzynek, który pisząc o prozie, wrzuci mi do swojego tekstu "podmiot liryczny". Kochani! Spójrzcie raz jeszcze. Pomiot jaki? LIRYCZNY. Czyli w jakim tekście? W LIRYCE. A liryka to jest co? To POEZJA! 😬 Uuuff! Łapiecie różnicę?
Powrócić tutaj należy do podstaw (Kinga z Blondynki Też Grają by mnie zrozumiała i poparła!). Literatura dzieli się na trzy rodzaje literackie: lirykę, epikę i dramat. Z dramatem jest najprościej: to te teksty z podziałem na role, najczęściej do wystawienia na scenie. Liryka to poezja, to wiersze. A epika to inaczej proza - wszystko to, co wierszem i dramatem nie jest. Proste? Proste. W każdym z tekstów literackich można odnaleźć jakąś osobę mówiącą, to jasne. Czasem sytuacja będzie prosta, czasem skomplikowana (tutaj nie wchodzimy głębiej, bo na potrzeby tego wpisu nie jest nam to potrzebne) - ale wystarczy zapamiętać, że w KAŻDYM tekście taką osobę można nazwać "podmiotem LITERACKIM". Nie "lirycznym", bo to słowo odnosi nas tylko do liryki. Określenie "literacki" odsyła do wszystkich trzech rodzajów literackich, jest uniwersalne. Jeśli więc chcecie użyć profesjonalnie brzmiącego terminu "podmiot li...", skończcie go, dodając "-teracki" zamiast "-ryczny". Unikniecie ogromnej gafy, a dla wielu - w tym i dla mnie - dyskwalifikującego pracę błędu. (Tak jest - prace z takimi "kwiatkami" zwracam od razu!)

Warto zawsze zadać sobie pytanie, do kogo kierujemy tworzony przez nas tekst. Kto będzie jego odbiorcą? Jaki cel przyświeca naszej pracy? Jeśli piszemy luźny artykuł albo wpis, który nie ma być merytoryczny, mamy większą (do)wolność. Jeśli jednak chcemy stworzyć pracę na zaliczenie albo poważny artykuł, musimy liczyć się z ograniczeniami oraz być uważni. Zdarzyło mi się, że jeden ze studentów nazwał swój tekst "esejem". Niby wszystko w porządku, niby powinnam się cieszyć. Problemem był fakt, że ten tekst esejem nie był... Znowu zawinił tutaj język potoczny i nieświadomość znaczenia używanych pojęć, a  może też po części nieświadomość tego, do kogo kieruje się swój tekst. Literackie znaczenia terminów "esej" czy "felieton" w mowie potocznej rozmyły się  - zwłaszcza znaczenie pierwszego z przytoczonych pojęć. Dla wielu będą to więc po prostu teksty o swobodnej budowie, luźne przemyślenia na jakiś temat. Tymczasem gatunek "esej literacki" ma ściśle określone wyznaczniki i nie każdy (więcej: dzisiaj w zasadzie nieliczni) jest w stanie taki tekst stworzyć! Wymaga to niezwykłej erudycji, wiedzy i świadomości np. kultury. Gdy więc ja - pracownik Zakładu Kultury Literackiej w Instytucie Nauk o Kulturze i Studiów Interdyscyplinarnych, doktor literaturoznawstwa, badacz kultury - dostaję pracę nazwaną esejem... mam prawo spodziewać się eseju literackiego. A go nie dostaję! Szczęśliwie nie jestem nie wiedzieć jakim purystą w tej materii, zwykle rozmawiam więc z autorem pracy o tym, dlaczego powinien zamienić ten konkretny termin na inny, co nie zmienia faktu, że niektórzy profesorowie mogą być autentycznie oburzeni studencką ignorancją. I ja ich doskonale rozumiem!

Im poważniej, głębiej wnikamy w dany temat, tym bardziej powinna wzrastać nasza świadomość terminologii z nim związanej. Dla przykładu, niedawno Kamilla napisała artykuł o błędach językowych związanych z roślinami: "Za każdym razem gdy mówisz „szczepka” gdzieś na świecie ktoś tępym nożem kroi styropian". To pokazuje, że problemy z terminologią pojawiają się niemal wszędzie, a często wynikają z braku wiedzy lub... z lenistwa (gdy nie chce nam się np. czegoś sprawdzić albo wypowiedzieć jakąś nazwę dokładnie - unikając literówek). Nieprawidłowe używanie pojęć może zdyskredytować nas w środowisku. Warto poświęcić nieco czasu na sprawdzenie, a na pewno nie spoczywać na laurach, umieć przyznać się do błędu i chcieć się stale rozwijać!


PISOWNIA WIELKĄ LITERĄ

Nie będę wspominała tutaj o standardowych zasadach dotyczących pisania wielką lub małą literą; choć takie błędy znajdowałam w pracach studentów, nie były one szczególnie powszechne. O wiele częściej natomiast znajdowałam słowa "Ci", "Cię", "Ciebie" zapisywane niepoprawnie: z dużej litery.
 - O co chodzi? Przecież tak się pisze! To jest grzecznościowe! - powie ktoś od razu, zaskoczony.
 - A kiedy i dla kogo to jest grzecznościowe? - zapytam. I sprawa staje się jasna.
Zwroty grzecznościowe z charakterystycznym dla nich sposobem zapisu stosujemy wyłącznie wtedy, kiedy zwracamy się bezpośrednio do odbiorcy danego tekstu. To sytuacja klasyczna w odniesieniu do listów, maili czy np. artykułów lub wypowiedzi kierowanych do kogoś bezpośrednio - swoich czytelników, odbiorców, pracowników, mieszkańców i tak dalej. Niedopuszczalna jest pisownia z dużej litery w dialogach (kiedy to bohaterowie się do siebie zwracają), poprawianie fragmentów cytowanych albo w sytuacji, gdy piszemy o czymś ogólnie, nie kierując swojej wypowiedzi do nikogo konkretnego.


DODATKOWE OGONKI

Chciałabym, żeby chodziło o magiczne metamorfozy rodem z LEGO Ninjago (patrz Akita i biały wilk z potrójnym ogonem). Mój siedmioletni syn poznaje aktualnie w pierwszej klasie szkoły podstawowej polskie znaczki: takie "dź", "rz", a także "ę". I to właśnie z tą ostatnią wielu ma problem. Istnieje ogromna różnica w zdaniach:

Morduję dla przyjemności.
Morduje dla przyjemności.

Pierwsze oznacza, że podmiotem w zdaniu jest "ja" (!). W drugim, że podmiotem jest... nieokreślony ktoś. Np. bohater książki albo filmu, jeśli właśnie o tym piszemy. Tak, dobrze myślicie... Zdarzały mi się prace, w których student/studentka dodawali nieszczęsny ogonek do czasownika, a całość nabierała czasem zabawnego, czasem mrocznego charakteru. Błagam, uważajcie na dyndające ogonki!


PLAGIAT

Wydawać by się mogło, że współcześnie - w dobie odpowiednich programów, a i większej (chyba) świadomości - nie powinno być żadnych problemów z plagiatami. Niestety... Tylko w tym roku musiałam zwrócić 4 prace, których autorzy niespecjalnie zdawali sobie sprawę z zaistniałej sytuacji.
Wspominałam wcześniej o cytowaniu - należy pamiętać o pewnych zasadach przytaczania cudzych wypowiedzi, które nie są obligatoryjne - są obowiązkowe!
  • Jeśli decydujemy się przytoczyć czyjąś wypowiedź w formie niezmienionej - konieczny jest cudzysłów oraz wskazanie w tekście, czyje są to słowa. To jednak nie wystarczy - powinniśmy również postawić po cytacie przypis, w którym podamy źródło cytowanych słów (odniesienie do konkretnego wydania książki, do artykułu i gazety, w której go zamieszczono, do filmu albo do strony internetowej z załączeniem właściwego adresu www). Po co? Dzisiaj obieg informacji jest taki szybki, że często trudno o weryfikację. Nie muszę chyba dodawać, że słowa wyjęte z kontekstu zaczynają żyć własnym życiem i że mogą - paradoksalnie - wypaczać stanowisko osoby, która je wypowiadała? Stąd konieczne jest podawanie źródła. Nie tylko w pracach naukowych, ale wszędzie! Gdybyśmy jako twórcy treści poświęcali czas na weryfikowanie informacji, wczytywanie się, a nie tylko cytowanie na wyrywki, bo akurat coś nam "spasowało" - o ile wartościowsze byłyby książki, artykuły, teksty publikowane w sieci! To też byłby sygnał dla innych, że źródła są ważne. I zachęta, by samemu je sprawdzić, by wyrobić sobie własne zdanie, by... myśleć!
  • Zdarza się, że przytaczamy czyjeś wnioski, czyjąś interpretację, czyjeś odczytanie albo danego tekstu kultury, albo sytuacji (np. społecznej lub politycznej). Możliwe, że przekonania tej osoby są zbieżne z naszymi. Jeżeli natomiast to z nimi zetknęliśmy się najpierw, jeśli to czyjeś słowa ukształtowały nasze rozumienie, wpłynęły na nie, a my potem dzielimy się nimi w swoim tekście... obowiązkowo musimy co najmniej załączyć stosowny przypis! Przykład: w jednej z prac zaliczeniowych studentka dość ciekawie analizowała pewną książkę. W jednym miejscu zrobiła przypis odsyłający do jakiegoś artykułu na ten temat, a że mnie zainteresował - weszłam (to była strona internetowa) i przeczytałam. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że reszta pracy studentki - bez żadnego już przypisu! - stanowiła parafrazę słów z artykułu! Jak gdybym czytała sklejone słowa cudze, taki kolaż z różnych tekstów gdzieś tam wcześniej publikowanych... Jeśli ktoś miałby jeszcze jakieś wątpliwości: tak, taka sytuacja to plagiat! Nie wystarczy raz zrobić przypis, a potem już możemy jechać bez trzymanki i martwienia się o wskazywanie autora przytaczanych słów. Przypis albo odniesienie do autora musimy robić za każdym razem, gdy dzielimy się jego wypowiedzią, a zwłaszcza wtedy, gdy przytaczamy ją sparafrazowaną, powiedzianą naszymi słowami! Oczywiście, za drugim, trzecim czy kolejnym razem możemy to sobie uprościć i wskazywać na szybko (np. "wspomniany już autor X powiedział...", "jak pisał cytowany wcześniej Y" i tak dalej). Nie zwalnia nas to jednak z obowiązku skrupulatnego wskazywania czytelnikowi, z czyimi słowami ma w danym momencie do czynienia.
Kwestia techniczna: Jeśli w przytaczanym cytacie też jest cytat, nie stosujemy podwójnego cudzysłowu, a wewnętrzny cytat (zagnieżdżony) oznaczamy tzw. cudzysłowem niemieckim »« lub francuskim «». Czyli, pisząc prościej, stosujemy cudzysłów normalnie, bez zmian, standardowo. Ale jeśli w cytowanym fragmencie też są te charakterystyczne "ogonki", podmieniamy je na wskazane wyżej strzałeczki. Unikniemy w ten sposób chaosu i zastanawiania się przez odbiorcę, kiedy kończy się który cytat i co tym cytatem w istocie jest!


PRZYPISY

Jak wspomniałam powyżej, są konieczne, jeśli nie chcemy naruszać prawa i jeśli chcemy, żeby nasza praca (lub zwykły artykuł czy tekst gdziekolwiek publikowany) nosiła znamiona poważnej. Odwołania do źródeł są ważne, zakotwiczają bowiem nasz namysł w kontekście, poszerzają odbiór czytelnikom, mogą przyczynić się do ich rozwoju (na nasz też wpływają - bo jeśli są, to znaczy, że przyłożyliśmy się do tematu, zrobiliśmy kwerendę, czyli reaserch, że nie bazujemy tylko na własnym "wydaje mi się"*). To dotyczy zwłaszcza tekstów publikowanych w sieci, które z taką łatwością można posyłać dalej - często wystarczy kilka kliknięć! Treści udostępniane w Internecie nie darmowe - niech Was nie zmyli łatwość wyszukiwania informacji i często możliwość ich zapisywania na dysku, nawet edytowania. Konkretna treść (tekst, grafika, zdjęcie) wciąż posiada autora i należy po pierwsze go ustalić, po drugie dowiedzieć się, czy udostępnia on daną treść innym - oraz na jakich zasadach. Owszem, nie brakuje darmowych materiałów, na niektórych licencjach nie trzeba nawet wskazywać źródła. Ale nie znaczy to, że wszystko w sieci można sobie dowolnie przysposobić. Czasami potrzebne będzie wskazanie autora ("Internet" albo "Pineterest" czy "Wyszukiwarka grafik Google" NIE MOGĄ być wskazywane jako źródło, bo to nie mówi nam kompletnie nic o autorze! Więcej - często taki suchy zapis pod zdjęciem czy grafiką, bez dodania linku, nawet nas nie odsyła do jakiegokolwiek źródła - to tak, jak gdybyśmy chcieli wrzucić jakiś cytat i podpisać go: "źródło: książka". Mówi to komuś coś?), czasami wykupienie konkretnej licencji. Warto być ostrożnym, bo nieznajomość prawa nie zwalnia nas z jego przestrzegania, a Internet jest siecią globalną... Jednej z moich internetowych koleżanek pewien zagraniczny fotograf przysłał fakturę na blogowego maila - bo w jednym z wpisów opublikowała jego zdjęcie w ramach inspiracji. Musiała zapłacić!

Kiedy korzysta się z treści zamieszczonych w Internecie, koniecznie do adresu www należy podać datę dostępu. Analogicznie robi się w odniesieniu do książek, gdy podaje się miejsce i datę wydania. Po co? Byśmy wskazali konkretną edycję tekstu. Teksty wznawiane w druku albo edytowane na stronie internetowej mogą po czasie różnić się od wersji, z którą mieliśmy wcześniej do czynienia. Stan naszej wiedzy się zmienia, czasem coś wymagać może więc doprecyzowania albo nawet zmiany, może też się zdarzyć, że inaczej podejdziemy do jakiegoś problemu, z czegoś zechcemy się wycofać, coś opowiedzieć innymi słowami... Strona www może też któregoś dnia... zniknąć. I choć "w Internecie nic nie ginie", podany w przypisie odnośnik przestanie spełniać swoją rolę, a bez dodatkowych danych dotarcie do źródła będzie wręcz niemożliwe. Data dostępu to wyraźny sygnał dla odbiorcy, a i zabezpieczenie dla autora - nikt nie będzie mógł mu zarzucić (przynajmniej w założeniu), że manipulował tekstem cytowanym albo coś źle przepisał lub wymyślił.

Jeśli odsyłamy do źródła internetowego, a nasz tekst jest... drukowany, musimy go dodatkowo opisać - jak przy cytowaniu fragmentu z książki! Zwyczajowo potrzebny będzie autor (jeśli nie ma go podanego z imienia i nazwiska, nick czy login też są akceptowane) i tytuł, a także nazwa witryny. To umożliwi odnalezienie źródła w sytuacji, gdy "link" przestanie być czytelny.

* Prace bazujące na "wydaje mi się" nie muszą być złe, czasem nawet takich oczekuję! Szczególnie wtedy, gdy zależy mi konkretnie na opinii studenta, a nie przedstawieniu cudzych teorii na dany temat. Niemniej... Musimy być wtedy zawsze świadomi własnych ograniczeń i nie wolno nam w takiej pracy generalizować czy rzucać mocnych słów - przekonań, że coś jest "na pewno". W takiej sytuacji jedynym, do czego mamy w pełni dostęp, są nasze odczucia i emocje, nasze prywatne odczytania i ewentualne znalezione tropy - wiecie, takie własne skojarzenia czy interpretacje. Kiedy jednak te swoje przemyślenia chcemy wynieść do rangi prawd najwyższych, bo uważamy, że mamy stuprocentową rację... 🚫 Nie. To nie służy potem niczemu dobremu. Pokora, głupcze!


INTERPUNKCJA 

Znacie pewnie te memy krążące w sieci, prezentujące to, jak duże znaczenie ma właściwa interpunkcja! Spójrzmy chociażby na ten popularny przykład:

Twoja stara piła leży w piwnicy.
Twoja stara piła. Leży w piwnicy.
 
Słowa się nie zmieniły, szyk pozostał ten sam. Ale wprowadzenie pojedynczej kropki (w jej miejsce można by też postawić przecinek) zupełnie zmieniło sens wypowiedzi!
Podobnie w poniższym przykładzie:

Lubię gotować moją rodzinę i zwierzęta.

Na demotywatorach doczytamy: "Nie bądź psychopatą, używaj przecinków!" Poprawnie zbudowane zdanie powinno bowiem zawierać przecinek (chociaż ja osobiście zmieniłabym szyk, ale to zgubiłoby czarny humor tego przykładu 😉):

Lubię gotować, moją rodzinę i zwierzęta.

(Zmiana szyku pozwoliłaby w prosty sposób uniknąć problemów z odczytaniem właściwych zamiarów twórcy zdania: "Lubię moją rodzinę, zwierzęta i gotować." Niby niewielka korekta, a jednak jak duża - ile problemów interpretacyjnych mniej! 😉)

Powyższe przykłady wyraźnie pokazują, w jakim celu używamy przecinków: do oddzielania od siebie składowych zdania. Rzecz niby prosta, niby oczywista, a jednak zapominanie o tej prostej zasadzie sprzyja błędom interpunkcyjnym!

Kiedy najczęściej używa się przecinków?

  • gdy mamy do czynienia z wyliczeniami - jeśli wymieniamy w jednym zdaniu tak dużo, że wymaga to uporządkowania. Prosty przykład: "W ogrodzie hoduję marchewki, pietruszkę, pomidory, ogórki, cebulę i bób." Jak można zauważyć, przed "i" nie ma przecinka, bo to spójnik, a więc on łączy dwa sąsiadujące ze sobą słowa (spaja je - stąd nazwa tej części mowy). Ale! Kiedy wykorzystamy spójnik do zapisu przed chwilą wprowadzonego zdania (bo możemy zrobić to też w taki sposób), przed każdym kolejnym "i" będzie konieczny przecinek - bo to będzie wyliczanka, a przy większej wyliczance (wyliczaniu więcej niż dwóch słów łączonych z pomocą "i") konieczne są przecinki. Poprawnie skonstruowane zdanie będzie wyglądało tak: "W ogrodzie hoduję marchewki i pietruszkę, i pomidory, i ogórki, i cebulę, i bób." Bez przecinka możemy zapisać tylko jedno łączenie z "i" - to pierwsze. Kolejne wymagają użycia przecinka. Podobnie będzie wyglądała sytuacja z innymi spójnikami: "lub", "albo", "ani", "oraz" i tak dalej. Z reguły nie stawiamy przed nimi przecinka, ale! jeśli będziemy tworzyć z ich pomocą wyliczanki i będziemy te spójniki powielać, przed każdym takim dodatkowym wyliczeniem będzie konieczny przecinek. Np.: "W ogrodzie wyhoduję marchewkę albo pietruszkę, albo pomidory, albo ogórki, albo cebulę, albo bób." Analogicznie: ""W ogrodzie wyhoduję marchewkę lub pietruszkę, lub pomidory, lub ogórki, lubo cebulę, lub bób." Zauważcie, że tutaj zasada mówiąca, że przed "i", "lub", "albo" czy "ani" nie stawiamy przecinka się nie sprawdzi. Jednym z problemów, jakie dostrzegam w pracach studentów, jest bezrefleksyjne stawianie przecinków, bo tak nauczono w szkole i już. Wkuwa się wtedy takie proste regułki, np. że przed "który" przecinek musi być zawsze, a potem okazuje się, że... właśnie... nie zawsze musi. Ha! Jak to spamiętać w takim razie? Jak nie popełniać błędu w takim przypadku? Przykład z takim "który" wyjaśniam poniżej:
  • gdy rozdzielamy zdania podrzędnie złożone - Zdania podrzędnie złożone to takie, w których mamy więcej niż jedno orzeczenie, czyli więcej niż jeden czasownik/czynność. Proste zdanie podrzędnie złożone może wyglądać np. tak: "Mąż oglądał film w telewizji, gdy jadłam kolację." Jedno orzeczenie to "oglądał" (podmiotem, czyli wykonawcą czynności, jest tutaj "mąż"), a drugie to "jadłam" (wtedy podmiotem jest niewyartykułowane w zdaniu "ja"). Zdania z każdym z orzeczeń wymagają rozdzielenia przecinkiem, dodatkowo w zdaniu takim pięknie widać zasadę, że przed "gdy" dajemy przecinek. Dlaczego? Bo rozdzielamy zdania podrzędnie złożone. Ale! Można zastosować tutaj zmianę szyku: "Gdy jadłam kolację, mąż oglądał film w telewizji." Nic się nie zmieniło, wciąż mamy dwa zdania w jednym, dwa orzeczenia, wobec czego konieczne jest rozdzielenie ich przecinkiem - przecinkiem postawionym przed "mąż"! To częste przeoczenie w pracach studentów (i nie tylko, w przeróżnych tekstach w ogóle). Przyzwyczajamy się do zasady, że przed jakimś tam konkretnym wyrazem ma być postawiony przecinek, a gdy jest zmieniony szyk...  nie widzimy problemu. Zapomina się wówczas o naczelnej zasadzie: że przecinek oddziela składowe zdania, a nie że musi być sztucznie stawiany w konkretnych miejscach. Automatyzm w pisaniu tutaj nie pomoże! Doskonale widać to przy innego rodzaju zmianie szyku - gdy to pojedyncze słowa bawią się w zamianę miejsc. Dla wielu wiadomo, że przed "który/która/które" itp. stawiamy przecinek. Np. w zdaniu: "Janina zjadła pączki, których było łącznie dwa i trzydzieści osiem." Ale w zdaniu: "Bolał mnie brzuch, z powodu którego nie mogłam zmieścić kolejnego donata." nie stawiamy już przecinka przed "którego". Dlaczego? Bo poprzedzające go "z powodu" należy do tego samego zdania podrzędnego, co "którego" - są razem, nie można ich rozdzielać! To samo ze spójnikiem "więc". Zazwyczaj to właśnie przed nim stawiamy przecinek, bo zazwyczaj od niego zaczyna się zdanie podrzędne. Ale nie zawsze i musimy być na takie sytuacje wyczuleni! Jeśli np. zechcemy powiedzieć "tak więc", przecinek będzie trzeba postawić przed całym tym sformułowaniem. Podobnie w sytuacji, gdy "więc" przesuniemy, gdy zmienimy szyk w zdaniu podrzędnym. Np. w zdaniu: "Mimo niesprzyjającej prognozy, deszczu nie było, Tomek wybrał się więc na wycieczkę." "Więc" jest tutaj częścią zdania podrzędnego (zawsze jest!), to z nim musi więc (Ha! Kolejny przykład! 😉) być połączone - na nic sztuczne rozdzielanie, to będzie błąd interpunkcyjny! Podobnie automatyzm nie zadziała przy zapisie odnoszącym się do "że". Przyjęło się, że przed "że" stawiamy przecinek. Ale w sformułowaniach rodzaju "jako że" przecinek stawiamy przed całym wyrażeniem - bo te wyrazy są całością, jednością! (Błagam, nie rozdzielajcie językowych małżonków! Tragedia gorsza niż u Szekspira!) Z tym konkretnym określeniem wiąże się gorzko-śmieszna anegdotka. O ile bowiem nawykłam trochę do zapisu "jako, że", o tyle w jednym z artykułów spotkałam się z zapisem - uwaga! - "jak, o że"! (Sic!) 😂 🤦‍♀️ Sprawa komplikuje się, gdy zabieramy się za tworzenie długich zdań (zdarzało mi się sprawdzać prace posiadające zdania długie na 4, 6, a nawet 8 wersów!). Przecinki przeskakują z miejsca na miejsce, jakby nerwowo szukały wolnej przestrzeni (wiecie, jak w tej grze, co to z każdym kolejnym kółeczkiem jest o jedno krzesło mniej, co potęguje stres graczy, a potem wyścig w kierunku tego jeszcze niezajętego), czasem jest ich za mało (taki pączek bez nadzienia, nieciekawy) albo za dużo (nie przepadam za sernikiem, w którym więcej jest rodzynek niż twarogu). Tymczasem wystarczy zapamiętać, że mają rozdzielać zdania podrzędne - te cząstki z czasownikiem. I już jest nieco jaśniej! Suplement: Na początku wspomniałam w nawiasach o podmiotach. Dlaczego? Ponieważ w zdaniach dłuższych, bardziej skomplikowanych, studenci często mieszają osoby działające. Chcąc uniknąć powtórzeń, używają zaimków, ale w długawych konstrukcjach gubią odniesienia (czego nie ułatwia sytuacja jak w przywołanym przeze mnie zdaniu: gdy jakiś podmiot nie jest wyraźnie wyartykułowany).
  • gdy wtrącamy, dopowiadamy coś - takie wtrącenie czy dopowiedzenie będzie kolejnym zdaniem podrzędnym, potrzebne będzie więc (Znowu przykład z "więc"!) rozdzielenie go przecinkami. Z wtrąceniami i dopowiedzeniami jest o tyle łatwiej, że można je wydzielić w zdaniu również w inny sposób: za pomocą umieszczenia w nawiasie albo między myślnikami. Np. możemy pokusić się o pewne rozszerzenie prostego zdania: "Pani Sowa wzdychała przy sprawdzaniu prac zaliczeniowych." Chcąc np. wyjaśnić źródło westchnień, możemy dopowiedzieć: "Pani Sowa, która dostawała drgawek na widok błędów językowych, wzdychała przy sprawdzaniu prac zaliczeniowych." Ponieważ to dopowiedzenie, możemy je zapisać też tak: "Pani Sowa (która dostawała drgawek na widok błędów językowych) wzdychała przy sprawdzaniu prac zaliczeniowych." albo "Pani Sowa - która dostawała drgawek na widok błędów językowych - wzdychała przy sprawdzaniu prac zaliczeniowych." Wydzielenie jest - kompozycja zdania jest jasna, wszystko uporządkowanie. Po to właśnie stosujemy interpunkcję!
  • gdy chcemy zaznaczyć w tekście... przerwę, np. na oddech - Czasami tworzymy długie konstrukcje zdaniowe, w których pojedyncze zdania podrzędne też nie należą do krótkich... Teoretycznie pewna ilość przecinków byłaby tutaj zbędna, ale można pokusić się o ich dodatnie - trochę sztuczne jeśli chodzi o zasady, ale ważne z praktycznego punktu widzenia. Mowa o tych momentach, kiedy czytając zdanie na głos, nagle brakuje nam tchu. To znak, że dany fragment jest za długi - dlatego warto wykorzystać wtedy przecinek! W jakim miejscu go umieścić? To zależy od kontekstu i konkretnego zdania. Jeśli macie skłonność do tworzenia długich ciągów zdaniowych, polecam spróbować przeczytać sobie swój tekst na głos. Szybko można w ten sposób wychwycić różne błędy!

Pamiętajcie: to nie jest tak, że można zapamiętać jakąś zasadę i stosować ją bezrefleksyjnie. Słowa mają różne znaczenia, różne zastosowanie, poza tym można nimi żonglować w zdaniu, a zmiana szyku może wpłynąć na konieczność przesunięcia przecinka. Poniżej załączam przykład zdania z błędem interpunkcyjnym wynikającym z machinalnego, może automatycznego stawiania przecinków (zdanie znalazłam na jednym z najpopularniejszych blogów w naszym kraju, więc tak - błędy zdarzają się wszystkim, wykształconym i nie, oświeconym bardziej i mniej):

Jest więc sporo o historii, są atrakcyjnie przedstawione statystyki – to wszystko po to, byśmy, jak najlepiej zrozumieli zmiany w nawykach żywieniowych ludzkości na przestrzeni ostatnich lat.

Błędem jest postawienie przecinka przed "jak". Dlaczego? Przecież mamy tutaj zdanie wtrącone, podrzędne... Przed "jak" stawia się przecinki, więc... w czym problem? Otóż w prezentowanym przykładzie "jak" nie występuje samodzielnie - jest częścią "jak najlepiej". A "jak najlepiej" można by zamienić na "mocno", "silnie". Czy w zdaniu "(...) wszystko po to, byśmy mocno zrozumieli zmiany (...)" damy przecinek przed "mocno"? Raczej nie. W prawidłowym posługiwaniu się polszczyzną istotna będzie więc uważność - zwracanie uwagi na poszczególne elementy, na przejrzystość tekstu, na znaczenie danego słowa czy całego wyrażenia!

Inny przykład - tym razem ze stories jednej z obserwowanych przeze mnie dziewczyn: "A ta pani [tutaj @ i odniesienie do osoby na zdjęciu] w sierpniu będzie tu podrzucać do góry, kolejne dziecię. W sumie, to pewnie głównie nosić (...)". Oba zdania zawierają nadprogramowy, zbędny przecinek. Całość powinna wyglądać tak: "A ta pani (...) w sierpniu będzie tu podrzucać do góry kolejne dziecię. W sumie to pewnie głównie nosić (...)". W drugim zdaniu można usunąć słowo "to" i przecinek mógłby zostać. Umieszczenie jednak tego wyrazu łączy te dwie części zdania - przecinek jest wtedy niepotrzebny!

Zasady zapamiętane ze szkoły - te sztywniaki z nietęgimi minami na impresie, jaką jest posługiwanie się językiem - przydają się do podejmowania szybkich decyzji. Niedawno, całkowicie przypadkiem, w trakcie przygotowywania wyceny pewnych usług, natknęłam się na jednej ze stron internetowych na zdanie: "Rozwiązanie które jeszcze nikogo nie zawiodło". Zdanie zapisane błędnie, bo zabrakło przecinka przed "które". 
 - O co chodzi? - zapytacie. - Przecież przed chwilą było mówione, że sztucznie się przecinka nie wstawia... Że ono ma rozdzielać zdania podrzędne... A tutaj mamy przecież tylko jedno orzeczenie!
 - Hahah... - zaśmieję się. - Ano właśnie nie, bo... są dwa.

Że jak?! 😲😳

W pewnym momencie człowiek wychodzi z pierwszych klas szkoły podstawowej, gdzie każde zdanie musiało mieć podmiot i orzeczenie pięknie wyartykułowane, pokazane - napisane... Język jest narzędziem niezwykle szerokim, które pozwala dokonywać niezliczonych kombinacji zdaniowych. W tym takich, gdzie np. podmiot (o czym pisałam wcześniej) albo orzeczenie będą... ukryte. (Kaboom!)
Przytoczone przed momentem zdanie w istocie jest zdaniem złożonym, a w formie szkolnej prezentowałoby się tak: "Prezentujemy Państwu rozwiązanie, które jeszcze nikogo nie zawiodło." Albo: "Oddajemy w Państwa ręce rozwiązanie, które jeszcze nikogo nie zawiodło." Forma zapisu ostatecznie umieszczona na stronie jest formą skrótową, co nie znaczy, że można pominąć przecinek. On dalej powinien znaleźć się przed "które"! Stąd pewnie pakowane nam do głów w szkole zasady, momentami trochę sztucznie tworzone regułki: byśmy coś szybciej zapamiętali. To takie... polonistyczne tipy, które mogą się przydać w przygodzie, jaką jest pisanie. Mogą, ale nie muszą, bo gdy nie włączymy myślenia, wszystko pójdzie na marne.


Trochę uwag ogólnych i refleksja, skąd te problemy dzisiaj z pisaniem...

Wiecie, co w tym wszystkim nie pomaga? Demokratyzacja. Wzrost możliwości. Kiedy za tworzenie treści zabierają się osoby niewyedukowane porządnie z zasad poprawności językowej. Nie każdy musi być alfą i omegą, ale redaktorzy czy korektorzy powinni stać na straży norm chociażby po to, by czytelnicy mogli opatrzeć się z poprawnym zapisem, żeby w trakcie czytania mimowolnie przyswajali poprawną pisownię. Tymczasem i w książkach, i w czasopismach (o blogach czy luźniejszych formach komunikacji - np. na social mediach - nie wspomnę) pojawiają się błędy, źle stawiane przecinki, w tekstach poważnych język potoczny i inne grzechy na języku polskim. Wtedy łapię się za głowę i pytam: kto tym ludziom zapłacił? Dlaczego ktoś na to pozwolił? Boli to zwłaszcza wtedy, gdy natykam się na błędy np. na stronie... promującej dyktanda i poprawną polszczyznę! Serio - to realny przykład, sprzed kilku dni! Jeśli jestem w takim miejscu, spodziewam się puryzmu językowego, wręcz koncentracji na błędach, a w tekstach odredakcyjnych - ich braku! Jeśli bowiem nie są one poprawne - kto śmie wymagać od kogokolwiek poprawności? Skoro sam nie opanował zasad, skoro pokazuje, że można je sobie wybierać albo korzystać z norm wedle uznania?

Dlatego nie dziwię się, że popełniamy błędy. Że są one tak powszechne - może powszechniejsze, niż kiedy byłam dzieckiem. Teksty poważne mieszają się z tymi pisanymi na szybko, stanowiącymi bardziej zapis mowy. Pozycja książki zmalała o tyle, że dziś każdy może takową napisać i wydać. Dziś książka często nie jest wynikiem kilkuletniej pracy, a odpowiedzią na potrzeby gwałtownie zmieniającego się rynku. Kiedyś na recenzję książki czekało się rok (a recenzja taka miała formę artykułu krytyczno-literackiego, nierzadko na kilkanaście czy kilkadziesiąt stron), dzisiaj na korektę nie czeka się czasem kilku miesięcy. Dziś dopuszczono pisanie "do ludzi", luźne i lekkie, wobec czego potocyzmy rozsiadły się na ławkach z czarnego tuszu, a zdania można zaczynać od "no" ("no dobrze", "no więc" i tym podobne). Inaczej: nie tyle można, co się zaczyna. Bo dobrze by było, by jednak w tekstach, które nie są czyimś pamiętnikiem, luźnym blogiem czy szybką aktualizacją zachowywać normy poprawnej polszczyzny - po to, by chronić nasz język, by ułatwić naukę naszego języka innym.
 - Ale język się zmienia, ludzie się zmieniają, świat pędzi do przodu. Czy polszczyzna nie powinna iść za ludźmi? - ktoś zapyta. I tak, to prawda - język powinien iść za ludźmi. I, co ważne i niewielu jest tego świadomych - idzie! Język jest czymś dynamicznym. I choć istnieją przyjęte odgórnie normy, służą one pewnemu uporządkowaniu - mają zapobiec chaosowi, a nie być skostniałym artefaktem, zasadami wykutymi w kamieniu na wieki! Wobec tego normy też się zmieniają, stosownie do sytuacji! Jeśli, dla przykładu, jakieś słowo zacznie być powszechne, wejdzie do języka potocznego, zmieni się jego pisownia. Jeszcze niedawno Internet należało pisać wyłącznie z dużej litery (do czego przywykłam i u mnie znajdziecie przeważnie taki właśnie zapis). Niemniej w międzyczasie sieć internetowa upowszechniła się, podobnie jak określające ją słowo. Wobec tego dzisiaj można zapisywać je jak normalny rzeczownik, a nie nazwę własną - z małej litery! Podobnie z wyrazami spolszczanymi, a pochodzącymi z języków obcych (głównie angielskiego). Co więcej, określenia niepoprawne, błędne, ale tak często używane, że w zasadzie walka jest z góry przegrana, mogą stać się normą językową - czyli zostać uznane za poprawne, dopuszczone do użytku. Nikt bowiem nie będzie udawał, że żyje pod kamieniem i zmuszał innych do stosowania skostniałego słownictwa, form czy zapisu. Język się zmienia, a na tę zmianę mamy wpływ my - użytkownicy języka. Co - jeszcze raz przypomnę! - nie znaczy, że możemy obecnie obowiązujące normy ignorować. One czemuś służą - chociażby temu, byśmy mogli się lepiej porozumieć, byśmy mieli jakąś bazę komunikacyjną, do której można się odwołać.

Gdzie szukać wskazówek, pomocy?

Nikt nie wie wszystkiego i każdemu zdarza się popełniać błędy lub nie być czegoś pewnym. Dla przykładu, z pośpiechu sama "zjadłam" w tym wpisie jeden z przecinków - a tak profeszynalnie pisałam o ich właściwym używaniu! Jeden z recenzentów mojej pracy doktorskiej wypunktował mi kilka poważnych literówek, mimo iż sprawdzałam pracę kilkukrotnie, mimo iż robiła to też moja promotorka! Więcej: kiedy na szybko notuję odręcznie gdzieś na marginesie albo w podręcznym notatniku, zdarza mi się zrobić błąd ortograficzny 🙈 - bo skupiam się na spisaniu pomysłu czy jakiejś myśli, a nie na językowej poprawności! "No pięknie, pani doktor! Nie ma co!" - rzuca moje SuperEgo, robiąc wymowny #facepalm. Ale ideałów nie ma - a każdy ma prawo do błędu. Ważne, byśmy w nich nie trwali i byśmy zdawali sobie z nich sprawę. Tylko wtedy możemy się rozwijać!

Odnośnie norm naszego języka wyrocznią jest Rada Języka Polskiego. Uchwały ortograficzne Rady znajdziecie TUTAJ, a kilkaset artykułów z poradami językowymi TUTAJ.

Osobiście lubię korzystać ze strony sjp.pwn.pl, gdzie znajduję odpowiedzi lingwistów (najczęściej pana Mirosława Bańko) na nurtujące mnie kwestie, np. związane z używaniem przecinków. Ciekawa rzecz: zdarza się, że w niektórych sytuacjach nie ma z góry ustalonej normy, jednego poprawnego zapisu. Takie porady najbardziej mnie rozbrajają - gdy odpowiedź na pytanie zaczyna się od: "To zależy..." albo dopuszcza się dowolność zapisu. 😉 To tylko pokazuje, że "język polski to trudna język" i - jak lubi powtarzać mój mąż - "Człowiek czy się przez całe życie." (I tu może utknijmy, bo wierzę, że coś nam w głowach jednak zostaje, jeśli tylko mamy dość zapału do rozwoju. 😉)


Jeśli macie jakieś pytania albo coś jest niejasne - piszcie. Ten materiał powstał z myślą o Was i chciałabym, by był maksymalnie pomocny, a moje wyjaśnienia jasne!

Trzymajcie się i...
Niech podstawy będą z Wami! 🤓

2 komentarze:

  1. OMG, ale kawał dobrej pracy odwaliłaś, opisując i tłumacząc to wszystko! U nas dostawaliśmy tylko listę słów zakazanych, co i tak było już spoko, ale to wszystko, co zostało tu przez Ciebie zebrane było czymś, do czego trzeba było dojść samemu. Postuluję o chociaż 15 godzin zajęć z tego na pierwszym roku studiów! Oszczędziłoby to dużo niepotrzebnego szarpania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet nie wiesz, jak mnie ucieszył Twój komentarz i dodał skrzydeł!
      Jest dokładnie jak piszesz: takie zajęcia byłyby bardzo potrzebne, bo pomogłoby zaoszczędzić każdemu wysiłku i niepotrzebnie popełnianych błędów... Spotykałam się z uwagami studentów, że jestem chyba jedynym prowadzącym, który im tłumaczy błędy - bo zwykle dostają ocenę, pracę z zaznaczonymi błędami i tyle - ale samo zaznaczenie błędu nie wystarczy często, bo gdy nie wie się, dlaczego to było niepoprawne, jak człowiek ma uniknąć błędu w przyszłości?

      Także dziękuję Ci bardzo, bardzo mocno! 😊

      Usuń