Pokazywanie postów oznaczonych etykietą macierzyństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą macierzyństwo. Pokaż wszystkie posty
Co robisz dla siebie, mamo? Historia z Mamą Muminka w tle, czyli o znikaniu w ogrodzie (albo nie)

1/29/2022

Co robisz dla siebie, mamo? Historia z Mamą Muminka w tle, czyli o znikaniu w ogrodzie (albo nie)

Jak przetrwać pierwsze tygodnie z dzieckiem? Miesiące, lata? Jak być dobrą mamą? Jak zachować kobiecość? Jak się wysypiać? Jak móc wypijać ciepłą kawę? Jak się spełniać i jak nie dać wejść sobie na głowę? Jak łączyć obowiązki, jak zarządzać czasem?


Nie uczą tego na szkole porodowej, nie dają życiowych (czyt. realnych) wskazówek w magazynach kobiecych (choć bywają wyjątki). Zmiana człowieczego "stanu skupienia" z "kobieta w ciąży" na "mama z dzieckiem na zewnątrz" rozbija dotychczasowe życie. Jest jak rzucenie o ścianę otwartym kubłem z farbą: właśnie coś powstało, coś niezwykłego (to pewne), ale sama jeszcze nie wiesz do końca, co takiego i czy w gruncie rzeczy ci się to podoba.

Konieczne będzie przewartościowanie dotychczasowego życia, to pewne. Pojawił się na świecie nowy człowiek, któremu trzeba pomóc się tu odnaleźć. Który to nam będzie najbardziej ufał, przynajmniej w tej początkowej fazie. Który będzie całkowicie od nas zależny. To duża odpowiedzialność, a na początku i dużo poświęceń (wstawanie w nocy, bycie na dziecięce zawołanie, bo otulając maluszka troską i opieką dajemy mu poczucie bezpieczeństwa, co potem procentuje w przyszłości i przekłada się np. na jego poczucie własnej wartości). JEDNOCZEŚNIE nie można zapominać o sobie. Nie można zniknąć, całkowicie się roztopić czy rozmyć. Żebyśmy dały radę z tymi wszystkimi wyzwaniami, które na nas spadły, musimy też pamiętać o sobie. Żeby odpocząć. Żeby nie żyć tylko życiem dziecka, ale mieć też własne "zajawki". Żeby coś nam po tej opiece nad potrzebującym ją dzieckiem zostało. Żebyśmy się nie obudziły kiedyś w przyszłości z dzieckiem, które już nam z gniazda wyfrunęło, i stwierdziły, że nie wiemy teraz, co ze sobą zrobić. (To prosta droga do nadopiekuńczości, do przywiązywania dziecka do siebie - a to toksyczne jest, to nie tworzy zdrowych więzi, to niszczy relacje.) 

 

Kilka latu temu media dla mam obiegł list do "mam w okolicach trzydziestki" autorstwa pewnej Catherine. Przekonywała w nim, że mamy muszą "odpuścić siebie" (bo mają dziecko, logiczne, co nie? 🤷‍♀️), a po 10 latach będą mogły na powrót cieszyć się uzyskaną "wolnością". Swoją odpowiedź na ten list zamieściłam tutaj: bądź dla siebie dobra - do 30-letnich (i nie tylko) kobiet (nie tylko mam, ale do tych szczególnie). To bowiem nie działa tak, że rezygnacja z siebie i przeniesienie środka ciężkości na dziecko czy rodzinę w ogóle nie odbije się na relacjach - że po latach (!!!) możliwy będzie powrót do tego, co było. To dość naiwne myślenie zresztą: że zmiany dokonujące się latami można odwrócić w kilka chwil, jak gdyby w ogóle ich nie było. 

Sposób budowania relacji, stawiania granic (lub nie), dbania o siebie (swoje potrzeby, emocje, zainteresowania) to procesy - nie produkty, które można nabyć pstryknięciem palca, ustawić na półce i już! - mieć. Jeśli więc kilka lat będziemy budowali siebie w jakiś konkretny sposób, odkręcanie potem tego potrwa. (A gwałtowne zmiany, niestety, najczęściej podyktowane są jakąś traumą, wydarzeniem, które tak nami wstrząsnęło, że wymusiło zmianę "na już". Ale i tutaj to jest proces, np. dochodzenie do siebie latami dzięki terapii itp.) Niestety, nie ma tutaj rozwiązań "instant".

 

 

miejsce zbrodni - projekt fotograficzny

1/20/2022

miejsce zbrodni - projekt fotograficzny

Ta zbrodnia wstrząsnęła okoliczną społecznością. Wielu nie może nawet wyobrazić sobie myśli o takiej zbrodni, jest ona dla nich zbyt brutalna, bezduszna, przepełniona egoizmem i wyrachowaniem.

 


Moda na brzydotę czy moda na sukces? Odpowiedź na wywiad z Agnieszką Kaczorowską

6/21/2021

Moda na brzydotę czy moda na sukces? Odpowiedź na wywiad z Agnieszką Kaczorowską

Wydaje się, że aktorka i tancerka Agnieszka Kaczorowska nie zrozumiała zarzutów kierowanych w stronę jej wpisu o "modzie na brzydotę". W wywiadzie udzielonym portalowi NaTemat broni swoich słów, natomiast cała rozmowa tylko jeszcze bardziej pogłębia frustrację odczuwaną przez tych, których dotknął kontrowersyjny post na Instagramie. Dlaczego? Pozwólcie, że jako kulturoznawczyni pracująca ze słowami i naukowo zajmująca się interpretowaniem, wyjaśnię. Krok po kroku, po kolei, z próbą holistycznego ujęcia (który jest podobno stylem Kaczorowskiej, jak sama przyznaje w wywiadzie).

 

 

bądź dla siebie dobra - do 30-letnich (i nie tylko) kobiet (nie tylko mam, ale do tych szczególnie)

7/19/2019

bądź dla siebie dobra - do 30-letnich (i nie tylko) kobiet (nie tylko mam, ale do tych szczególnie)

Kilka lat temu, kiedy zaczynałam swoje życie z trójką z przodu, trafiłam na list „Do 30-letnich mam – to minie!”. Miał on, podobno, "podbić serca" redakcji serwisu babyonline, który go udostępnił. Zaciekawiona weszłam, przeczytałam i... zmarszczyłam brwi, bo miałam coraz bardziej mieszane uczucia. A potem się wściekłam. I napisałam swoją odpowiedź. 


końca świata nie będzie

12/23/2016

końca świata nie będzie

 - Prąd wyłączyli! Koniec świata, co? - kilka dni temu zapytał mój sąsiad. Starszy pan uśmiechnął się lekko, sądził pewnie, że bierze mnie pod włos. 
 - A wie pan, że nie? Tak myślałam, ale nie.

Końca świata nie było.
I gdyby starszy pan nie schował się do swojego mieszkania (a mnie nie wołała córeczka), być może opowiedziałabym mu o tym, jak przyjemnie było wyciągnąć świece, zapalić zapałki - czekać na moment, kiedy iskra chwyci, a mała główka zajmie się ogniem. Spoglądać, jak płomień z małego rośnie w siłę, jak powoli ogrzewa dłoń nieopodal. Jak łuna pomarańczowego światła zaczyna otulać pewien skrawek przestrzeni Domu.

Jakiś czas temu wyłączyli nam prąd w bloku: nie na chwilę moment, ale na całe osiem godzin. Bardzo słowne osiem godzin: od 8:58 do 16:48. Z początku myślałam: "Skandal! Co to... nie obejrzę swojego serialu? Dzień dobry TVN podczas karmienia Marion kaszką? Na komputerze nie posiedzę? Wody zwyczajnie w czajniku [elektrycznym, rzecz jasna] nie zagotuję jak człowiek?!"

A po chwili przyszło otrzeźwienie. 
Wodę zaparzę w garnuszku, na szczęście mam piecyk gazowy. Gaz włączę jak kiedyś, odpalając z zapałki.
Faktycznie, nie obejrzę serialu, programu śniadaniowego, nie wrzucę kolejnego zdjęcia na Instagram, nie przejrzę Facebooka, który zasysa czas i - na dobrą sprawę - jest jego złodziejem.
Za to powyciągam wszystkie świece, które tak lubiłam kiedyś kupować, a które kurzyły się w szafce od dobrych kilku lat. Wykorzystam wreszcie mój lichtarz - może poczuję się jak współczesne wcielenie Lizzy albo innej z bohaterek Jane Austen. 
Posłucham ciszy.
Nie będę wpatrywać się w światła miasta. Wolę światło Domu - małe ogniki, które skaczą i tańczą, jak płomienne chochliki.

Nie było końca świata, choć przez chwilę zakładałam, że będzie trudno. Że nie dam rady.
Elektronika uzależnia. Bez prądu wi-fi padło, nawet na telefonie nie mogłam podejrzeć obrazków na IG. Nie podładowałam go zresztą, więc i rozmowy z ludźmi na odległość raczej nie były możliwe.
Za to odkryłam przyjemność płynącą z bycia z bliskimi tu i teraz. Mąż był w delegacji, byłam sama z dziećmi... Powoli zbliżał się wieczór, świecie stawały się coraz jaśniejsze, bo łuna dokoła nich stawała się bardziej wyraźna.

Mały John siedział w półcieniu i nucił kolędy, sam z siebie, bawiąc się dinozaurami. Marion zasnęła, otulona nocnym kocykiem Matki Natury, a ja przyglądałam się im, nawet nie próbując powstrzymywać ciepłego uśmiechu...

Gdy Marion wciąż spała, poczytałam z synkiem opowieść o małej myszce. Łowiliśmy szczegóły ilustracji, wyławialiśmy je z mroku, przybliżając książkę do świecy. Dawno nie spędziliśmy ze sobą tak dużo czasu - bez dodatków, ozdobników, "ulepszaczy" czasu, które sobie współcześnie fundujemy. Po prostu byliśmy. Razem.











Na nadchodzące Święta życzę Wam  wyłączonego prądu, chociażby metaforycznie. Wieczorów bożonarodzeniowych spędzonych nie przed telewizorem i "Kevinem..." czy nawet "To właśnie miłość", ale ze sobą - bez pośredników. Niech nic nie odwraca Waszej uwagi od Was i Waszych bliskich - bądźcie dla siebie wzajemnie największym skarbem i wartością.
Zapalcie te świecie, co to je trzymacie na "lepszy czas" (romantyczną kolację, spotkanie ze znajomymi albo miły wieczór z herbatą w ręce, kiedy nie będzie trzeba niczego robić) - to właśnie ten moment! Nie odkładajcie niczego na później, tym bardziej przyjemności, które planujecie dla siebie. Bardzo łatwo starać się dla bliskich, troszczyć o nich, o wiele trudniej być pieszczotliwym dla samego siebie.

Uśmiechnijcie się.

Nic nie musimy, nikt od nas niczego nie wymaga. Wszystko, co warte jest pośpiechu, mamy na miejscu, obok siebie: męża, dzieci... Rodzinę. Jeśli oni są - niczego więcej nie potrzebujesz. Ani piernika, ani barszczu, ani karpia. Nawet choinka jest zbędna. To tylko symbole, ślad tradycji. Znam domy nimi przepełnione, a smutne. I takie, gdzie widzialnych, namacalnych symboli brak, ale czuć Ducha Świąt, bo on mieszka w ludziach, w sercach.

Wszystkiego dobrego na Święta. Byśmy znaleźli Czas.

duńska sztuka szczęścia w Polsce, czyli co to jest "hygge" i dlaczego wyskakuje nawet z lodówki

12/13/2016

duńska sztuka szczęścia w Polsce, czyli co to jest "hygge" i dlaczego wyskakuje nawet z lodówki

Słowo hygge, do tej pory nieznane skromnemu mieszkańcowi kraju nad Wisłą, stało się ostatnimi czasy modne. Modne, czyli "daj z tym spokój, kobieto", jak powiedziałby mój małżonek, dla którego przymiotnik na "m" stanowi ostateczny (często też jedyny) argument, by coś przekreślić. Tak też sądziłam, przynajmniej z początku, kiedy w sieci zaczęły pojawiać się wzmianki o książkach promujących duńską sztukę szczęścia. 
 - Ech, kolejny poradnik - dodałam, całość okraszając machnięciem ręki, zignorowawszy fakt, że na moment moją twarz rozjaśnił uśmiech. Na moment, tłumaczyłam sobie. Bo ty to masz coś do Skandynawów, Marta. Ubzdurałaś sobie, że po Irlandii Północ to twój drugi dom. To się uśmiechaj, skoro masz taki kaprys, ale modne hygge nie znaczy twoje hygge.
I poddałam się temu głosowi. 

Jestem jednak kobietą. Jestem ciekawska, dociekliwa, nieugięta i - jak wmawiano mi w przedszkolu - jak każda Marta - uparta. Gdy więc zobaczyłam na żywo książkę Marie Tourell Søderberg, musiałam ją przejrzeć. Chociażby na szybko. "O co tyle szumu..." - zadać sobie to pytanie i na nie odpowiedzieć. 

I znowu się uśmiechnęłam. Ale nie na moment. Na długo. Uśmiech wrócił ze mną do domu. I został. (Jeśli nie widoczny na twarzy, to ogrzewający serce.) Tak skutecznie został, że postanowiłam wpisać książkę na swoją listę prezentów świątecznych. Ale nie wytrzymałam i kupiłam ją sobie wcześniej.





O co chodzi z tym całym hygge?

Hygge*, jak wskazuje podtytuł, to duńska sztuka szczęścia. Określenie, które służy nazwaniu tego wyjątkowego stanu, kiedy uśmiechasz się sama do siebie i czujesz wspaniale. Na tyle dobrze, że nie potrzebujesz do życia już niczego więcej. Kiedy "tu i teraz" jest wszystkim, co najlepsze. Nie potrzeba do tego wielkich rzeczy czy wydarzeń - chodzi o łapanie chwili w codzienności, najlepiej zwyczajnej, ale niezwykłej jednocześnie.

*Jak prawidłowo wymawiać ten termin? Na kilku stronach można przeczytać, że "huga", ale to nie do końca prawda. Raczej... "h-u/y-gr" - gdzie końcówka "gga" będzie brzmiała "gr", a środkowe "u" jako coś pomiędzy "u" a "y" (Teraz można sobie wyobrazić, jak w trakcie lektury próbuję odtworzyć właściwą wymowę. Pozwalam.).




Co znajdziemy wewnątrz?

Krótkie rozdzialiki, czasem jednostronicowe. Fragmenty przybliżające nam ideę hygge, próbujące opisać czy scharakteryzować zjawisko. Pojawią się informacje czysto techniczne (jak chociażby wymowa terminu czy słowniczek związanych z nim pojęć), socjologiczne lub historyczne, ale mnie najbardziej urzekły ludzkie opowieści. Dla każdego hygge znaczy bowiem coś innego, choć stosunkowo łatwo można wskazać pewną wspólną nić snutych "definicji". Znajdziemy tu piękne historie o byciu razem, tworzeniu społeczności, rodziny, okraszone zdjęciami, które nazywam "łapiącymi atmosferę". Nie zabraknie też przepisów na proste potrawy, które rozgrzewają serca, i wskazówek dotyczących czy to urządzania wnętrza, czy sposobów na spędzanie czasu.
 







Czym dla mnie jest hygge? Jak hygguję?

Choć hygge to określenie duńskie (a ja mam problem z właściwą wymową tego terminu, przez co kłóci się ono nieco z moją fizjonomią - określenie to jest dla mojego fizycznego języka obce, ale...*), podejrzewam, że każdy na świecie ma swoją definicję stanu, który Duńczycy tak nazywają (*...mój język myśli i duszy doskonale je zna, wyczuwa). Każdy ma swoje rozumienie szczęścia.

#1
Dla mnie to chwile takie jak ta - kiedy robię coś w zasadzie nieważnego (sprzątam, pracuję, cała ta zabiegana reszta), podnoszę wzrok w zasadzie przypadkiem i widzę... Moi kochani, moi najbliżsi... Moje trzy kawałki serca...




#2
Kiedy mamy nosy przyklejone do szyby i patrzymy, jak niebo przecina samolot, jak ptaki gromadnie odlatują do ciepłych krajów, gdzie kończy się tęcza...




#3
Kiedy spędzamy czas razem i wydaje mi się, że uczę go świata, a to On pokazuje mi, jak wielu rzeczy jeszcze nie wiem, jak dałam się oszukać dorosłości i uciszyć swoje wewnętrzne dziecko... Czuję się hygge wtedy, gdy zaczynam patrzeć na "moje" oczywistości Jego oczami... Wtedy nawet duży problem staje się mniej ważny, a drobnostka urasta do rangi Skarbu czy Tajemnicy. Naszej, wspólnej.




#4
Gdy udaję, że Jej nie widzę, bo miała mieć drzemkę, a pospała zaledwie dziesięć minut (oszukaństwo!). Gdy świdruje mnie wzrokiem, cierpliwie, spokojnie, z dostojnością charakteryzującą pewne siebie kobiety. Nie wytrzymuję. Rzucam szybkie (bardzo mi zależy na tym, by jak najkrótsze, ot, dla zaspokojenia sumienia) spojrzenie i... mięknę. Uśmiecha się. Śmieje się całą sobą. Do mnie. Do swojej mamy. Odwzajemniam uśmiech. "A co ty tam, Fikusia-Mikusia...?" - zagaduję, zamykając komputer.




#5
Kiedy przechodzę obok lodówki i spoglądam na liściastą płaszczkę stworzoną przez Małego Johna. Kiedy rzeczy zwykłe stają się unikalne. Kiedy świat po raz kolejny zadziwia mnie swoimi możliwościami - będącymi na wyciągnięcie ręki. Wystarczy... ją wyciągnąć?




W nawiązaniu do pytania w tytule: czy hygge można spotkać nawet w lodówce? Owszem. Dla mnie to mleczna czekolada, solony karmel, sałatka caprese, galaretka zrobiona przez Męża i Syna, ciasto trianon, które specjalnie z myślą o mnie kupi mój Tata... To wiele potraw, które przypominają dzieciństwo, odsyłają do nastoletnich porywów serca, pierwszych starć z obiadami i posadą żony, do posiłków zjadanych w pośpiechu, bo niemowlę płacze...


#fotowyzwaniejestrudo

10/19/2016

#fotowyzwaniejestrudo

Natalia zaproponowała na swoim blogu (TUTAJ) wyzwanie fotograficzne: 15 tematów, które należy ująć w kadrach. Tematów, dodajmy, miejscami średnio ze sobą powiązanych, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Miało je łączyć COŚ - uchwycone później jako szeroko pojęty styl (bo właśnie go mieliśmy ćwiczyć, biorąc udział w wyzwaniu). Czy to jakiś specyficzny sposób budowania kadru, czy konkretna forma edycji zdjęcia, czy może jakiś powtarzający się element.

Nie wiem, czy poniższe zdjęcia wpisują się w jakąś wspólną stylistykę, ale na pewno łączy je jedno: Dom. Rozumiany przede wszystkim jako miejsce zamieszkiwane przez ludzi - jako Ludzie. To jest właśnie mój spójnik, mój powtarzający się wątek, łącznik.

Oto nasza domowa tkanka (poszczególne numery odpowiadają numerom tematów/zadań):


1. moje miejsce
...najczęściej na kanapie. Miejsce wysiedziane, z kształtem pleców zarysowanym na poduszce. Wygrzane, "zaklepane". Zdarza mi się zasypiać tam na siedząco. Inne miejsce? Miejsce mojego syna, które kiedyś było moim - wysiedzianym, wyleżanym. W miejsce naszej dawnej sypialni powstał pokój Małego Johna. Teraz on tam śpi, nie ja. Ja zostałam przerzucona na kanapę.





2. czułości



 4. drobny szczegół
...(przez Picasę, której szczerze nie znoszę, zdjęcie zostało odwrócone do góry nogami. Gratulacje, durny programie graficzny, w którym przeróbek dokonywać nie można, bo przekierowuje do archiwum z ograniczonym dostępem... Ach!) Na zdjęciu poniżej plamka śliny w kształcie serduszka. Uchwycona na szybko, bo Marion przemieszczała się, znacząc swoją ścieżkę takimi kroplami.



Czasem szczegółem, który zwraca uwagę, jest coś z pozoru błahego: np. "zwykły" cień lampy. Potrafi przeobrazić się w różne kształty, pobudzić wyobraźnię...




5. wyjątkowe
...uwielbiam to ujęcie! Skok, a tuż po nim radosny śmiech i miękki, zamortyzowany upadek. Zabawa w pokoju dziennym, na łóżku rodziców i kanapie w jednym, to jedna z ulubionych aktywności MJ-a...




6. tak pachnie jesień
...czy zapach można... zobaczyć? Wierzę, że tak. Aromat jesieni - szczególnie mocno wyczuwalny rano i pod wieczór - gdy rosa jeszcze nie opadła, gdy czasem mgła otula miasto. Gdy promienie słońca (czy wschodzącego, czy zachodzącego) przebijają się przez pomarańczowe liście... Czuję ich wilgotny zapach... Miesza się ze świeżym, chłodnym powietrzem...




7. vintage
...nasz żołnierz prowadził rozmowę. Międzymiastowa. Numer wykręcał, obracając tarczą. So vintage.




8. tylko rano
...słońce tak oświetla ludzkie ciała.





9. ulubione
...muminkowe akcenty pochowane po różnych kątach. Tutaj saszetka z kawą. Mała Mi - ulubienica.




10. ja i ty
...czyli my, a w zasadzie wy - moi kochani mężczyźni...



11. atrybuty jesieni




12. noszę
...miało się tu znaleźć zdjęcie szarawej chusty, w którą motam Marion (takie w klimacie pierwszego zdjęcia z wyzwania), ale nie udało mi się go zrobić. Co nie znaczy, że nie noszę. Noszę. I to często. (Poniżej zdjęcie z tegorocznego ŁDF - relacja już wkrótce.)



14. w dłoniach
...kawa. Must have. Zwłaszcza kiedy za oknem szaruga, a dzień rozpoczyna się jeszcze przed wschodem słońca (albo niemalże razem z nim). Małe uzależnienie. Chwila dla siebie. Moment, kiedy płyn przelewa się przez gardło i rozchodzi po ciele...




15. gadżet
...sporo ich. Popularnie nazywane zabawkami, gryzaczkami, maskotkami, grzechotkami... Zwał jak zwał. Wszystko może być świetnym gadżetem łączącym różne funkcje (uspokajacz, zajmowacz czasu, aktywizator, edukator... można wymieniać dalej). (Powinnam była zrobić zdjęcie folii bąbelkowej: swego czasu to była najlepsza rzecz w rękach dzieciaków. Lepsza od niejednej zabawki!)



cykl fotograficzny "pod Twoją obronę", czyli wakacje na wsi

8/01/2016

cykl fotograficzny "pod Twoją obronę", czyli wakacje na wsi

Tydzień temu wracaliśmy z województwa świętokrzyskiego na "nasz" Śląsk. Spędziliśmy cztery dni na polskiej wsi - mieścinkach schowanych między polami i laskami i nieco większych wsiach, do których prowadziła niedawno wyremontowana droga.
Polska wieś jest specyficzna, a typowe chatki czy domki tym bardziej. Może z racji wykształcenia (kulturoznawstwo), może z uwagi na odwieczne (?) zamiłowanie do tego, co naznaczone patyną, kojarzące mi się z przeszłością (jako dziecko uwielbiałam spacerować po skansenach i żałowałam, że żyjemy w obecnych czasach), z zauroczeniem przyglądałam się drewnianym stropom, podwójnym drzwiom, zabytkowemu (jak mniemam) przedstawieniu Najświętszej Panienki umieszczonym na ścianie w pochyleniu - by patrzyła na modlącego się mieszkańca...
A potem, nieco z przypadku, zrobiłam kilka zdjęć, które - w zaprezentowanej poniżej trójcy - utworzyły fotograficzny cykl "pod Twoją obronę". (I sprawiły, że rozochociłam się i zapragnęłam tworzyć więcej reportaży tego rodzaju...)
Córka odłożona na moment, bym mogła sięgnąć po plecak i zmienić jej pieluszkę... Synek trwający jeszcze we śnie; od czasu do czasu przekręcający się z boku na bok, nieświadomie (bo we śnie) poprawiający sobie śpiące pod jego pachą pluszaki... Mąż przecinający pustą przestrzeń między dwoma skrzydłami... Wszystkie te kadry łączy symbol; umieszczony wysoko, tuż pod sufitem, jako znak i zabezpieczenie. Jako modlitwa.



 

PS. Czy dostrzegacie na ostatnim ze zdjęć kapcie Małego Johna? Uśmiechnęłam się pod nosem, widząc je już na monitorze. Czy nie przypominają Wam logo pewnej sieci "restauracji"? ;) Ot, takie moje kulturoznawcze zboczenie - skojarzenie. Dołączając fakt, że to Crocsy, w dodatku z wizerunkiem Batmana, można pokusić się o mniej lub bardziej udaną analizę czy interpretację kulturoznawczą... ;)

post został pierwotnie opublikowany
na moim blogu rodzicielskim, TUTAJ

metamorfoza powierzchni gładkich w minutę, czyli o upadku dozownika do mydła

7/04/2016

metamorfoza powierzchni gładkich w minutę, czyli o upadku dozownika do mydła

Jeśli jesteś rodzicem, zapewne to znasz: dziecko wbiega (lub, usypiając naszą czujność, wkracza krokiem dostojnym, powoli) do kuchni lub łazienki, zabiera się za mycie rąk lub inne poważne zajęcie, następuje chwila swobodnej, niezmąconej ciszy i wówczas... Trzask! Bach! Plusk! Trach! *plus wszelkie inne onomatopeje, które skojarzą Ci się z sytuacją

Tak było kilka tygodni temu, gdy Mały John poszedł do łazienki umyć zęby. Ofiarą był dozownik do mydła. Ładny taki, w sumie, na allegro złowiony po tym, jak młodzian ukatrup...eeee, strącił poprzedni. Ponownie stanęłam więc przed wyzwaniem znalezienia następcy. I jak to ja: celowałam albo w drożyznę (80 albo nawet 150 złotych za dozownik? Serio, Marta?!), albo w produkty już wycofane ze sprzedaży (To chyba największe rozczarowanie: widzisz ideał na stronie, ale nie możesz go zamówić. Okropność!). W efekcie - bez polotu, zalatując nudą - padło na Ikeę, która zresztą miała wtedy zniżkę na akcesoria do łazienki. Wybrałam sobie najtańszy model (naszego pierwszego już nie było - typowe) - wydawał się w miarę w porządku, w dodatku kosztował niecałego piątaka. Mąż pojechał, obiekt obejrzał i męskim okiem magistra inżyniera ocenił, że bubla takiego to nawet za darmo brać nie warto - plastik zaczął bowiem żółknąć już w sklepie.
 - Wejdź na stronkę i zobacz sobie te, które teraz oglądam - rzucił przez telefon i w ten sposób wybraliśmy dozownik z bielonego szkła. 

Na stronce wyglądał lepiej, w rzeczywistości... czegoś mi w nim brakowało. Pojawiło się wówczas pytanie: jak szybko i ciekawie ozdobić dozownik do mydła?

W grę nie wchodziły ani wstążeczki, ani tasiemki, ani nawet naklejki (choć jak teraz to rozważam, nie byłby to wcale głupi pomysł). Postanowiłam użyć flamastra do ceramiki, który dawno przestał służyć mi do celu, w jakim go stworzono.

Przechodząc więc do sedna:


Całość jest tak banalna, że nawet głupio o tym pisać, czynność werbalizować, ale niech tradycji tutoriali stanie się zadość: bierzesz marker/flamaster do gładkich powierzchni (do porcelany, płyt CD czy inny tego rodzaju) i na dozowniku rysujesz/piszesz, co chcesz. To wszystko! Najwięcej czasu zajęło mi decydowanie się na wzór i próbne rysunki w notesie. A samo ozdabianie? Krótka próba narzędzia (gdyby ręka się gdzieś zsunęła, bezbożna, kreśląc linię koślawą, zawsze lepiej mieć pewność, że krzywiznę można usunąć) i można przystępować do dzieła:




Jak widać, całość zajęła nieco ponad minutę. Łatwizna, prawda?
Tak prezentuje się efekt końcowy:



Według mnie, od razu lepiej! Aż przyjemniej go używać... ;)