Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moja inspiracja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moja inspiracja. Pokaż wszystkie posty
świąteczna Luna Lovegood (moja inspiracja: reklama Zara)

3/14/2022

świąteczna Luna Lovegood (moja inspiracja: reklama Zara)

Jeśli Luna Lovegood miałaby pojawić się na imprezie sylwestrowej albo karnawałowej, jak ozdobiłaby sobie głowę? Odpowiedź nasunęła mi reklama Zary. A ja sprawdziłam, czy w istocie dobrze byłoby Lunie w tiarze z samoprzylepnych wstążek na prezenty. Jak sądzisz, byłoby?

 

fot. materiały prasowe Zara - zrzut ekranu z reklamy wyświetlonej mi w mediach społecznościowych

DIY: gra do nauki języków obcych - kilka propozycji

5/09/2020

DIY: gra do nauki języków obcych - kilka propozycji

Do nauki języków obcych wcale nie potrzebujemy specjalistycznych gadżetów, kilku tuzinów fiszek poupychanych w kieszonkowych pudełeczkach czy nie wiedzieć jak wymyślnych gier kupionych za niemałe pieniądze. Sympatyczną pomoc naukową możemy stworzyć dla dziecka... sami. Z tego, co mamy w domu. Jeszcze nie przekonałam? No to watch me!


Do stworzenia gry zainspirował mnie podręcznik do nauki języka angielskiego mojego synka: "Explore Treetops 1" autorstwa Sarah M. Howell i Lisy Kester-Dodgson. Przy rozdziale 6 i nauce słownictwa z zakresu pożywienia autorki zaproponowały grę w wyrysowywanie w zeszycie zawartości swojej przykładowej śniadaniówki (szczegóły omówię w dalszej części wpisu). Ponieważ zaczynaliśmy wtedy edukację zdalną i mieliśmy tylko ogólne wytyczne, by powoli przerabiać materiał z zadanego rozdziału, czułam swobodę w wyborze zadań czy takim nimi żonglowaniu, by połączyć naukę z przyjemnością. Np. wspomnianą grą!

O co chodzi w grze z podręcznika?

Autorki proponują każdemu z graczy (w rzeczywistości dziecku, które ma przyswoić dany zakres słownictwa) wyrysowanie w zeszycie prostokąta, który ma być wnętrzem śniadaniówki. Ponieważ pierwszaki miały szczególnie zapamiętać sześć słówek z kategorii "jedzenie", każdemu z wyrazów-grafik przyporządkowano numerek z kostki do gry. Dziecko rzucało kością i musiało narysować w swojej śniadaniówce wylosowany w ten sposób pokarm, jednocześnie wypowiadając jego nazwę. Zabawę można było urozmaicić zadawaniem odpowiednich pytań czy odzywek w języku angielskim: "What do you have?", "I you have grapes!" i tym podobne. Ja nieszczególnie naciskałam na wypowiadanie przez moje dzieci całych zdań po angielsku, ale sama starałam się odzywać przede wszystkim w tym języku, by dzieci się osłuchały. Po chwili łapały w lot sens pytań, i mimo iż przeważnie odpowiadały mi po polsku, odpowiednie słówka coraz chętniej wymieniały na angielskie odpowiedniki! 

Oczywiście, żeby z powodzeniem grać, nie musimy jako rodzice być certyfikowanymi znawcami języka angielskiego (czy jakiegokolwiek innego, którego chcielibyśmy nauczyć dziecko) - nie musimy wcale w trakcie gry mówić tylko w tym języku, pięknymi, pełnymi zdaniami. Na dobry początek wystarczy powtarzanie samych słówek i łączenie brzmienia wyrazu z jego graficznym odpowiednikiem. W podręczniku były podane przy okazji najprostsze zwroty (tutaj nauka czasownika "mieć"), więc wykorzystałam wiedzę podaną już, w zasadzie, na tacy.






Jak zapewne zauważyliście, nasza wersja gry różni się nieco od tej zaproponowanej w podręczniku. Zamiast rysowania poszczególnych przedmiotów przez każdego z graczy (o ile mój pierwszak może dałby sobie z tym radę, o tyle moja czterolatka niekoniecznie, a też bardzo chciała zagrać), zdecydowałam się stworzyć dzieciom gotowy zestaw kilku sztuk każdego przedmiotu. Wyrysowałam je na kartce (dla urozmaicenia wybrałam kolorowe, ze zwykłego bloku kupionego w Pepco) i wycięłam. Każde z nas stworzyło też własne śniadaniówki ze złożonej kartki A4. (Jednym z najprzyjemniejszych etapów było chyba ozdabianie swojego "pudełka". 😉) Dzięki temu gra nie miała charakteru jednorazowej (w sensie zapełniamy kartkę i "dziękuję", "do widzenia", miejsce wykorzystane, a kartka do wyrzucenia) i mogliśmy grać ciągle na nowo.

W szufladzie z przydasiami miałam jeszcze kawałek samoprzylepnych rzepów, wykorzystałam je więc, żeby umieszczane w śniadaniówce przedmioty nie przesuwały się tak łatwo i nie wypadały. Ten krok spokojnie można pominąć, jeśli nie dysponujecie takimi materiałami. Warto jednak kiedyś przy okazji rozejrzeć za rzepami samoprzylepnymi - to niepozorna rzecz, a wprowadza życie na wyższy poziom! W tym przypadku zwykła gra do nauki słówek zamienia się w zabawkę - "prawdziwą" śniadaniówkę, z którą można pójść do zmyślonej szkoły albo do wyimaginowanej pracy. Dzieciaki chętnie rzucały kośćmi, by zapełnić swoje pudełka jedzeniem, a potem szły do pokoju obok na "wyprawę w nieznane". Bo wiadomo - jak jest prowiant, żadna przygoda nie jest straszna!


wariant pierwszy: ŚNIADANIÓWKA

Czyli gra według wskazówek z podręcznika, z moimi małymi ulepszeniami (by była wielorazowa). W miarę rozwoju rozgrywki czy zaawansowania nauki można dodawać kolejne słówka, tworzyć kombinacje (np. grać z dwiema kostkami!).

 



wariant drugi: WALIZKA

Wystarczy w zasadzie przerobić śniadaniówkę na walizkę, przedmioty związanie z pożywieniem podmienić na ubrania czy przedmioty codziennego użytku i można zagrać w pakowanie się na krótszy lub dłuższy wyjazd! To będzie o tyle ciekawa forma zabawy (i nauki!), że w zależności od celu podróży, będzie można ją modyfikować. Czasem zwyczajnie pakować się na wakacje, innym razem w podróż służbową (Co zabrałby ze sobą do pracy lekarz albo policjant?).

wariant trzeci: SZAFA

Tego pomysłu nie było już w podręczniku, ale słownictwo dotyczące zabawek czy części ubrań już tak. Pomyślałam więc, że skoro tak dobrze nam się grało, zabawę można rozszerzyć. Tym razem kartkę A4 zagięłam tak, by powstała szafa (wystarczy zaginać powoli oba boki do środka, a gdy się spotkają - wyrównać i zagnieść drzwi papierowej szafy). W środku wyrysowałam półki, a z kolorowego papieru wycięłam wyrysowane grafiki potrzebnych słówek. Przedmioty dobierałam tak, by odpowiadały treściom z podręcznika synka, ale każdy może wybrać je według siebie, w zależności od potrzeb lub zainteresowań.






wariant czwarty (i kolejne)

Ten sposób zabawy sprawdzi się też przy nauce wyposażenia wszelkiego rodzaju miejsc/pomieszczeń. Możemy stworzyć ladę w sklepie, szafkę lekarską, rzemieślnika albo kuchenną. O, lodówka byłaby też fajną opcją!


Jak widać, pomysł Sarah M. Howell i Lisy Kester-Dodgson ma ogromny potencjał. Zwykła gra w zapełnianie śniadaniówki, która ma pomóc w nauce słówek, może rozrosnąć się do dużych rozmiarów, zmieniając w uniwersalną zabawę/zabawkę. To prawdziwie sowie rozwiązanie: sprytne, i do zrobienia w kilka minut!
DIY: leniwce z klamerek do prania

3/20/2019

DIY: leniwce z klamerek do prania

Ostatnio miałabym ochotę jak te leniwce - zawiesić się w jakimś wygodnym, cichym miejscu i tak sobie... poleniuchować... Cóż, nie mogę, ale przyjemnie popatrzeć i się uśmiechnąć - nawet do siebie samej, pod nosem...


DIY: wieniec z bibuły (moja inspiracja: Folkisz)

12/19/2018

DIY: wieniec z bibuły (moja inspiracja: Folkisz)

Kobiece profile na Instagramie zapełniały się w ostatnim czasie wieńcami: albo tradycyjnymi, świątecznymi z igliwiem w roli głównej lub pobocznej, albo delikatnymi, subtelnymi plecionkami z bibułki - swoistymi dziełami sztuki, które wyszły spod ręki założycielki marki Folkisz. I mnie zauroczyły, a że znalazłam rolkę połyskującej, białej bibuły, robiąc porządki przedświąteczne... musiałam spróbować swoich sił. Dawno nie było wpisu w ramach "moja inspiracja". Pora to nadrobić!


Co robić z dzieckiem w niepogodę? - teatrzyk kukiełkowy z łyżek

8/22/2017

Co robić z dzieckiem w niepogodę? - teatrzyk kukiełkowy z łyżek

Świat w naszej części globu żałuje chyba zbliżającego się końca wakacji - jak inaczej wyjaśnić deszcz (czasem wręcz nawałnice)?
Mały John wyjechał dzisiaj na wieś ze swoją chrzestną, do dziadka, a ja chciałam podrzucić pomysł na wspólną aktywność z dzieckiem w trakcie nieciekawej pogody. I choć przez najbliższe dni to nie ja będę synkowi zajmować czas, to jednak robienie lalek z drewnianych łyżek uratowało pewne chłodne popołudnie w lipcu br.

Moją inspiracją była niezastąpiona Elisabeth Dunker, którą możecie znać z Fine Little Day - uwielbiam nie tylko jej prace dostępne w sprzedaży, ale (może przede wszystkim) te, którymi dzieli się na swoim blogu czy w książce. Malowane drewniane łyżki OCZAROWAŁY mnie. (Caps Lock był konieczny w tej sytuacji.) Wystarczy tak niewiele, by wyczarować coś magicznego!


fot. Elisabeth Dunker, Fine Little Day blog (źródło TUTAJ)
moja inspiracja: grafika "things will work out" od People I’ve Loved (czyli grafika "zawsze będziemy grzeczni" do pobrania)

7/19/2016

moja inspiracja: grafika "things will work out" od People I’ve Loved (czyli grafika "zawsze będziemy grzeczni" do pobrania)

Ostatnimi czasy mój notes z pomysłami czy inspiracjami zapełniają wpisy rozpoczynające się od małpiego znaczka: "@". Co to oznacza? Że albo za dużo czasu spędzam na Instagramie (No way!), albo mam szczęście do wynajdywania zdjęć pobudzających szare komórki właśnie na tym portalu.
Nie inaczej było ze zdjęciami od tea and Kate. Wpierw jak zaczarowana wpatrywałam się w kartonowy domek dla lalek - tak misternie wykonany, że zbierałam szczękę z kolan. Potem znalazłam TO zdjęcie, następnie TO. I szare komórki zaczęły tańczyć.

Przywołany na grafice gest w pierwszej kolejności odesłał mnie do splatania palców za plecami - zdarzyło mi się to w dzieciństwie kilka razy, gdy wyjątkowo nie na rękę było mi mówienie "tak", a jednocześnie doskonale wiedziałam, że jakakolwiek inna odpowiedź nie spotkałaby się z akceptacją drugiej strony. Co zrobić... Uśmiechałam się więc, pokrętnie próbowałam ubrać w słowa: "No dobra, ale wiesz, jak jest...", a za plecami środkowy palec nachalnie ściskał wskazujący.

Postanowiłam zrobić grafikę właśnie w tym duchu - do pokoju swoich dzieci. Pierwotne "Zawsze będę grzeczna" (z początku tworzyłam grafikę z myślą o córce - to przecież od dziewczynek zwykle wymaga się bycia grzeczną, ułożoną, nienagannie wychowaną) zmieniłam na "Zawsze będziemy grzeczni" - bo przecież i Mały John nie zawsze musi zgadzać się z naszym pojmowaniem zachowania w różnych sytuacjach. To miało właśnie to odzwierciedlać - trochę z przekorą, trochę z przymrużeniem oka - że nasze kulturowe wzory behawioralne, matryce "co wolno" a czego "nie", niekoniecznie są kompatybilne z dziecięcą energią, otwartością i ciekawością świata. A w tych splecionych palcach dostrzegam siłę przebicia i pewność siebie - co z tego, że ukrywane są za plecami, to przecież wyraz instynktu przetrwania. 




Jeśli chcecie wykorzystać taką grafikę u siebie - proszę bardzo!
Poniżej możecie ją sobie ściągnąć - do użytku własnego, niekomercyjnego.

https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhaVacL21BkxHgQjnYhHY2oF0Aswkg7tI0kRy5v9TZIQqVp5rIdYGOuclg8Rlb5SRNQ5qYDxr6Oc4Rs-sVAHfQSA4hULHvPbuCgr-fXRqZ4CwivBT0MULnXr04elOQDI9iZz_GSFdlkpSE/s640/zawsze+b%25C4%2599dziemy+grzeczni.jpg


Na końcu chciałam napisać o tym, jaką przygodą może być czasem "głupi" mail z pytaniem o prawo do publikacji. Z grupą blogerek od jakiegoś miesiąca pracujemy nad "oczyszczaniem" naszych blogów - w skrócie chodzi o to, by publikowane u nas treści nie naruszały praw autorskich - jeśli więc publikujemy czyjeś zdjęcie lub grafikę, wcześniej prosimy autora o zgodę na publikację. Dopiero po jej otrzymaniu możemy ze spokojnym sumieniem wcisnąć przycisk "publikuj".
Nie inaczej było z materiałami do dzisiejszego wpisu. Ponieważ moja grafika była tak łudząco podobna do tej, która mnie zainspirowała, stwierdziłam, że publikowanie jej bez uprzedniego zapytania autora, co o tym myśli, byłoby nie na miejscu. Wysłałam więc odpowiednią wiadomość, w załączniku posłałam swoją grafikę i w kilku słowach opowiedziałam swoją "historię". I wiecie co? Dostałam tak pozytywny feedback, że przez dłuższą chwilę siedziałam przed komputerem, szczerząc się do siebie tak jak wtedy, kiedy zasiadam do oglądania nowego odcinka "Sherlocka" - szeroko i z błyskiem wzruszenia w oku. To niesamowite, kiedy dystans przestaje mieć znaczenie, a ludzie przyciągają się do siebie jak bratnie dusze odnalezione w kosmosie!


Serdecznie dziękuję Carissie Potter 
- współzałożycielce People I’ve Loved
za pozwolenie na publikację mojej grafiki.
źródło grafiki służącej mi za inspirację: TUTAJ

moja inspiracja: Fine Little Day blog

5/29/2016

moja inspiracja: Fine Little Day blog

Kiedyś sądziłam, że tamborek służy jedynie jako pomoc w wyszywaniu; i pewnie tak kiedyś było. Na szczęście ludziom pomysłów nie brakuje, dział kreatywności w mózgach pracuje na pełen etat, dzięki czemu dzisiaj możemy cieszyć się różnorodnym wykorzystaniem wielu przedmiotów.

Tamborek jako ramka, a z wyszytym w środku obrazkiem - jako małe dzieło sztuki gotowe do ekspozycji... Cudowny pomysł! (Polecam przejrzeć galerię inspiracji na końcu posta.)

Tamborek kupiłam przy okazji wizyty w pasmanterii, wahałam się jednak co do wzoru, który wyszyć. Typografia/motto? Obrazek? I to, i to?
Z pomocą przyszła poniższa inspiracja, trochę nieoczywista, ale krętymi ścieżkami przechadza się kreatywność...

Moja inspiracja? Blog Fine Little Day, a konkretnie ta fotografia:


źródło: Fine Little Day blog

To jest to! Królik! - wykrzyknęłam w myślach, zachwycona króliczym wzorem powyżej. Z początku to właśnie on miał znaleźć się na wyszywanym przeze mnie kawałku bawełnianej surówki. 

(Tak na marginesie...)

Myślałam, myślałam, przenosiłam wzór na kartkę, tworzyłam swoje wersje... Moje króliki powoli przestawały przypominać te z chorągiewek ze zdjęcia. Kiedy upatrzyłam sobie jednego - może kojarzącego się mojej głowie z dziełami Beatrix Potter - wybrałam go na przedstawiciela zajęczego gatunku. 







Potem dorobiłam wypukły ogonek... By wyjść nieco poza schemat, poza ramy. Z tego powodu pojawiła się też kokardka (z tkaniny by miszkomaszko - przewiązali nią jedną z etykietek przy ubranku, które kupowałam - czasem nie warto wyrzucać takich maleństw ;)).



Uznałam, że sam królik i kokardka to nieco pustawy obrazek... Wyszyłam więc maleńką łączkę złocących się w słońcu kwiatków. Wciąż jednak nie jestem do końca przekonana... Zostawić tak czy może doszyć jeszcze koraliki? Poratujcie, nie potrafię się zdecydować!





To pierwszy z projektów z tamborkiem w roli głównej. W kolejce stoją następne!

Ciekawe realizacje z tamborkiem jako ramką znajdziecie w mojej galerii:



moja inspiracja: precle Maileg

4/14/2016

moja inspiracja: precle Maileg

Urocze. Po prostu urocze. Kiedy zobaczyłam je po raz pierwszy, jeszcze chwila a wyglądałabym tak:

źródło

Na szczęście (dla portfela na pewno), mój mózg się nie zamknął i jął pracować na wysokich obrotach. Ha, zrobisz precle sama, Bejbe! - rzucił z przytupem. Musiałam mu się podporządkować, nie mogło być inaczej...


Pierwotnie planowałam szycie precli: podłużny kawałek materiału zszywasz wzdłuż jednego boku, wypychasz materiałem - ma powstać długi i cienki rulonik - i zszywasz końcówki, po czym składasz całość w kształt precla (końcówki można zszyć z resztą, by całość się nie przesuwała). Zostawiasz "surowe" lub ozdabiasz np. tasiemką czy wstążeczką. (Tutorial zaprezentowała u siebie Magda, o TUTAJ.)

Jednak kiedy robiłam porządki w szafie, przypomniałam sobie o masie plastycznej - swego czasu wykorzystanej do zrobienia mikro dodatków do wnętrza. W takich chwilach w mojej głowie wybrzmiewa głośne (pozbawione nagości, na moje szczęście): Eureka!

Post miał powstać w okresie przygotowań do Bożego Narodzenia (kiedy powstawały same precle), nie zdążyłam z nim jednak. Z początku miałam w planach filmik instruktażowy, ale wybredny ze mnie widz - mój wewnętrzny krytyk otwarcie przyznał, że do tego rodzaju aktywności nadaję się (użył łagodnego określenia) średnio. Miały więc pojawić się zdjęcia z kolejnych etapów klejenia precli, ale i to nie wyszło. A potem święta, Nowy Rok, narodziny córci... To post publikuję dzisiaj. Bez obrazków krok-po-kroku - wierzę w Was ;). Wystarczy samoutwardzalna masa plastyczna (albo modelina), palce, powietrze, czas i - ewentualnie - sznurek oraz dodatki, w moim przypadku pokruszone koraliki, które udają kryształki soli. O, i lakier do paznokci - to on nadał moim preclom lekko brązowawy odcień (masa była biała). Taki mój piekarnik w pędzlu...






moja inspiracja: talerze-twarze by Donna Wilson

3/23/2016

moja inspiracja: talerze-twarze by Donna Wilson

Dawno nie publikowałam projektów w ramach cyklu Moja inspiracja. Czas to zmienić! Zacznijmy od mobilizacji, jaką był (a w zasadzie wciąż jest) konkurs organizowany przez Króliczka Wielkanocnego Donny Wilson (post konkursowy znajdziesz TUTAJ). Zabawa polega na stworzeniu pisanek inspirowanych pracami Donny. Moja pierwsza myśl (i realizacja)?


A to efekty:



Jajka można wykorzystać do udekorowania wielkanocnego stołu: wystarczy imienna karteczka i każdy wie, które miejsce zająć. Poziom zaawansowany: rezygnacja z karteczek i odnajdywanie własnego talerza po... namalowanej na jajku podobiźnie.


Jak zrobić takie pisanki?
Wystarczy pomalować je markerami lub flamastrami. (Nie gwarantuję trwałości malunku, ale nie chodzi nam przecież o budowanie pomników ze spiżu; skorupka ma zostać rozbita, a twarz pokiereszowana. Nie rozczulajmy się przesadnie.)

moja inspiracja: Iwona Chmielewska "Kłopot"

7/30/2015

moja inspiracja: Iwona Chmielewska "Kłopot"

Uwielbiam twórczość Iwony Chmielewskiej za jej niestandardowe spojrzenie na świat dookoła, za jej kreatywne wykorzystanie różnych elementów, zabawę obrazem. Żadna z jej książek nie jest oczywista, przez co za każdym razem zachwyca, człowiek pochyla się nad kolejnymi stronami i śmieje jak dziecko z dopiero co dokonanego odkrycia.

Jedna z jej książek, "Kłopot", natchnęła mnie do podobnej zabawy z formą.


Czym jest tytułowy kłopot? To ślad na tkaninie po żelazku - materiał do wyrzucenia, już nic się z nim nie zrobi. Tylko problem! A może jednak...?
Iwona Chmielewska udowadnia, jak wiele można wyczarować z kształtu stopy żelazka. Może dostać skrzydeł, zabłysnąć elektrycznością, odlecieć w kosmos albo zatrzepotać rzęsami. Wszystko zależy od wyobraźni!



źródło




Inny sposób wykorzystania tego pomysłu - ślady po butach, irytujące na dopiero co wymytej podłodze... Brud, smród i zło wszelakie... A może jednak coś innego...? ;)



źródło


Mój pomysł? W zasadzie banalny. Może nie żaden tam "kłopot", bo okrąglutka żółta plama wcale nim być nie musi (tzn. nie jest brudem oczywistym ;)), ale inspiracja pomysłem Iwony Chmielewskiej jak najbardziej.
Książeczka w żółte kółka (wykonana według TEJ metody, tym razem szybciej, bo bez wycinania ;)). Co z nich będzie?

Moje propozycje:



1. słońce 2. twarz 3. słonecznik 4. omlet na talerzu (talerz chyba handmade, bo urokliwie nierówny ;)) 5. jajko 6. kometa 7. pomarańcz albo brzoskwinia/morela 8. nadymająca się ryba 9. dynia (tutaj z dodatkiem ozdoby na Halloween ;))






A co wymyślił mój Mały John? Dowiedziałam się tylko, że ma to coś wspólnego z pieskiem (mocna, czarna kreseczka to uchwyt dla niego ;))...





na kilku zdjęciach uśmiecha się promiennie kartka od Kinkallo ;)