Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdjęcia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdjęcia. Pokaż wszystkie posty
Co robisz dla siebie, mamo? Historia z Mamą Muminka w tle, czyli o znikaniu w ogrodzie (albo nie)

1/29/2022

Co robisz dla siebie, mamo? Historia z Mamą Muminka w tle, czyli o znikaniu w ogrodzie (albo nie)

Jak przetrwać pierwsze tygodnie z dzieckiem? Miesiące, lata? Jak być dobrą mamą? Jak zachować kobiecość? Jak się wysypiać? Jak móc wypijać ciepłą kawę? Jak się spełniać i jak nie dać wejść sobie na głowę? Jak łączyć obowiązki, jak zarządzać czasem?


Nie uczą tego na szkole porodowej, nie dają życiowych (czyt. realnych) wskazówek w magazynach kobiecych (choć bywają wyjątki). Zmiana człowieczego "stanu skupienia" z "kobieta w ciąży" na "mama z dzieckiem na zewnątrz" rozbija dotychczasowe życie. Jest jak rzucenie o ścianę otwartym kubłem z farbą: właśnie coś powstało, coś niezwykłego (to pewne), ale sama jeszcze nie wiesz do końca, co takiego i czy w gruncie rzeczy ci się to podoba.

Konieczne będzie przewartościowanie dotychczasowego życia, to pewne. Pojawił się na świecie nowy człowiek, któremu trzeba pomóc się tu odnaleźć. Który to nam będzie najbardziej ufał, przynajmniej w tej początkowej fazie. Który będzie całkowicie od nas zależny. To duża odpowiedzialność, a na początku i dużo poświęceń (wstawanie w nocy, bycie na dziecięce zawołanie, bo otulając maluszka troską i opieką dajemy mu poczucie bezpieczeństwa, co potem procentuje w przyszłości i przekłada się np. na jego poczucie własnej wartości). JEDNOCZEŚNIE nie można zapominać o sobie. Nie można zniknąć, całkowicie się roztopić czy rozmyć. Żebyśmy dały radę z tymi wszystkimi wyzwaniami, które na nas spadły, musimy też pamiętać o sobie. Żeby odpocząć. Żeby nie żyć tylko życiem dziecka, ale mieć też własne "zajawki". Żeby coś nam po tej opiece nad potrzebującym ją dzieckiem zostało. Żebyśmy się nie obudziły kiedyś w przyszłości z dzieckiem, które już nam z gniazda wyfrunęło, i stwierdziły, że nie wiemy teraz, co ze sobą zrobić. (To prosta droga do nadopiekuńczości, do przywiązywania dziecka do siebie - a to toksyczne jest, to nie tworzy zdrowych więzi, to niszczy relacje.) 

 

Kilka latu temu media dla mam obiegł list do "mam w okolicach trzydziestki" autorstwa pewnej Catherine. Przekonywała w nim, że mamy muszą "odpuścić siebie" (bo mają dziecko, logiczne, co nie? 🤷‍♀️), a po 10 latach będą mogły na powrót cieszyć się uzyskaną "wolnością". Swoją odpowiedź na ten list zamieściłam tutaj: bądź dla siebie dobra - do 30-letnich (i nie tylko) kobiet (nie tylko mam, ale do tych szczególnie). To bowiem nie działa tak, że rezygnacja z siebie i przeniesienie środka ciężkości na dziecko czy rodzinę w ogóle nie odbije się na relacjach - że po latach (!!!) możliwy będzie powrót do tego, co było. To dość naiwne myślenie zresztą: że zmiany dokonujące się latami można odwrócić w kilka chwil, jak gdyby w ogóle ich nie było. 

Sposób budowania relacji, stawiania granic (lub nie), dbania o siebie (swoje potrzeby, emocje, zainteresowania) to procesy - nie produkty, które można nabyć pstryknięciem palca, ustawić na półce i już! - mieć. Jeśli więc kilka lat będziemy budowali siebie w jakiś konkretny sposób, odkręcanie potem tego potrwa. (A gwałtowne zmiany, niestety, najczęściej podyktowane są jakąś traumą, wydarzeniem, które tak nami wstrząsnęło, że wymusiło zmianę "na już". Ale i tutaj to jest proces, np. dochodzenie do siebie latami dzięki terapii itp.) Niestety, nie ma tutaj rozwiązań "instant".

 

 

miejsce zbrodni - projekt fotograficzny

1/20/2022

miejsce zbrodni - projekt fotograficzny

Ta zbrodnia wstrząsnęła okoliczną społecznością. Wielu nie może nawet wyobrazić sobie myśli o takiej zbrodni, jest ona dla nich zbyt brutalna, bezduszna, przepełniona egoizmem i wyrachowaniem.

 


Zapraszam na śniadanie! - plakat do pobrania

9/20/2018

Zapraszam na śniadanie! - plakat do pobrania

Rogal z masełkiem obsypany ziarnami maku, jajecznica na boczku (dla smaku), a może chrupiące muesli z owocami lub zielone smoothie - spijane łapczywymi łykami? Jakie śniadanie sobie serwujecie? Myszki to wiedzą: ser! Nie są wszak na diecie!


mockup: freepik.com
DIY: "fotobudka" (szybko, łatwo i przyjemnie)

9/06/2017

DIY: "fotobudka" (szybko, łatwo i przyjemnie)

Kiedy zastanawiałam się nad atrakcją na przyjęcie urodzinowe synka... nagle zaświtał w głowie pomysł budki fotograficznej. Jestem ich wielką fanką (co z uśmiechem rozbawienia potwierdzi zwłaszcza moja siostra) - trudno mi przejść obok takiej obojętnie ;). Jak jednak przenieść ideę wykonywania zdjęć "na już" do domu? Jak poradzić sobie z tłem, całą oprawą?

Zainspirowała mnie Paula, która wraz z mężem wykonała fotobudkę na swoje wesele (zerknij TUTAJ). Chciałam jednak nieco inaczej... bez specjalnego sprzętu, bez prac w zasadzie budowlanych. Przypomniały mi się wówczas plansze do pozowania z imprez dla blogerów (i nie tylko, jak sądzę): białe, imitujące okienko w Instagramie.
 - O, takie coś byłoby super! - pochwaliłam się i zabrałam do knowania.

Od mamy pożyczyłam starą ramę (pierwotnie myślałam o jej przemalowaniu, jednak ostatecznie zrezygnowałam z tego pomysłu - dzięki temu zaoszczędziłam też czas ;)), dodałam kilka drobiazgów, by wpisać ramę w przyjęcie tematyczne, przygotowałam gadżety (opaski i maski - Batmana również) i... gotowe!

praca blogera od kulis - Jak powstają moje zdjęcia?

8/31/2017

praca blogera od kulis - Jak powstają moje zdjęcia?

 - O, znowu się bawisz! - rzuca mój mąż, kiedy pokonuje drogę z kanapy do kuchni, mijając przy okazji mój "kącik biurowy" (czyt. wydzielony kawałek stołu, na którym spoczywa laptop, notatki oraz pudełko przydasiów). Moja "zabawa" to z reguły obrabianie zdjęć - dla postronnych zabawa suwaczkami i błahe decyzje: jaśniej czy ciemniej, mocniejszy kolor czy może bledszy, ten filtr czy jednak tamten, zastosować efekt albo nie? Takie tam, "głupotki". A nawet jeśli nie, jeśli taka korekta ma dla obserwatorów sens, to wciąż pozostaje w sferze przyjemności czy relaksu. Przecież lubisz robić zdjęcia, pracować na nich, tak? Czyli to hobby, nie praca!
Hmm. A jednak.

Zwykły wpis powstaje kilka dni. Przeważnie. To zależy od jego rodzaju - te z inspiracjami z sieci tworzę czasem podczas jednego wieczoru, ale jeśli chcę użyć cudzych zdjęć, pozostaje poszukiwanie kontaktu na stronie, pisanie wiadomości (zwykle po angielsku) i oczekiwanie na odpowiedź. Czasem dzień, czasem kilka dni, czasem mail zwrotny nie przychodzi w ogóle. A post na blogu wisi. I czeka.
Kiedy post ilustruję własnymi zdjęciami, muszę je zrobić. Oczywistość - prychacie. Ja wiem. Ale takie zdjęcia rzadko "robią się" "od razu". Czasem czekam na odpowiedni moment - np. światło, czasem na spokój w domu (i np. brak córci w pobliżu, która jest entuzjastyczną fanką fotografii i za każdym razem chce mi wyrwać aparat). Kiedy chcę zrobić jakąś "ustawkę" - najczęściej na podłodze albo oczyszczonym ze wszystkiego stoliku kawowym (są najlepiej oświetlonymi przestrzeniami płaskimi) - muszę mieć spokój; ostatnio pomaga mi Mały John, przytrzymując blendę (którą bez niego przytrzymywałam... kolanami). Potem zdjęcia obrabiam. Przycinam, kadruję, czasem wyrównuję linie horyzontu (by zdjęcie nie było krzywe). Rozjaśniam albo przyciemniam (częściej to pierwsze), dodaję jakieś efekty, jeśli akurat mam taki pomysł na zdjęcie. Następnie odpowiednia nazwa dla pliku (SEO), zmiana rozmiaru (pod blog) i... prawie można publikować. Prawie, bo zdjęcia trzeba jeszcze wkomponować w tekst. Ale to już inna historia...

Chciałam dzisiaj podzielić się kulisami powstawania zdjęć właśnie. Niby proste to takie - cyk! i jest. Niby żadna wielka filozofia. A jednak zajmuje czas i wymaga - czy to przygotowania przestrzeni, czy dogrania poszczególnych elementów. (Kiedyś faktycznie wystarczyło, że wyciągnęłam aparat, wycelowałam w obiekt, przyciśnięty wyzwalacz i już. Ale od tego czasu - a minęło kilka lat - wiele się zmieniło. Rozwijam się, uczę - dokumentację mojej drogi znajdziecie chociażby tutaj, na blogu. Wystarczy obejrzeć starsze wpisy i porównać moje zdjęcia sprzed lat z tymi obecnie.)

KULISY

...czyli gotowe, obrobione zdjęcie i fotografia-dokument tego, jak wygląda... szerszy kadr. Ekhm. Gotowi?

Robienie tego zdjęcia:


...wyglądało tak:


Uprzątnięty stolik (Po prawej, na kanapie, można zauważyć filcową podkładkę, która zwykle jest na stoliku, oraz... Pronto - przecież musiałam odkurzyć przy okazji! ;)), moje łapki w odpowiedniej pozie (Z podwiniętymi rękawami, przecież!) oraz dzielny małżonek w niewdzięcznej roli fotografa blogerki, co dość wdzięcznie przedstawili panowie w filmiku "Instragram Husband":


Dalej.

Robienie tego zdjęcia:


...wyglądało tak:


Marcik na stołku, co by flat lay wyszedł przyzwoicie, niebieskie plansze (podkradzione synkowi kartki do rysowania) rozłożone na podłodze i robiące za barwne tło (muszę sprawić sobie duże karty brystolu w różnych odcieniach) oraz przedmioty - tutaj łowy pokazane w ramach #zakupowyhaul.
Tak, to właśnie podłoga w pokoju mego syna. Wdzięczny towarzysz ostatnich sesji "z góry". Stół w pokoju dziennym się nie nadaje, bo stoi przy ścianie najdalej położonej od okna, a blat w kuchni zazwyczaj... zajmują kuchenne akcesoria i sprzątanie go wyłącznie do zdjęć zajęłoby za dużo czasu.

BLENDA

Niby zbędna, niby dobre zdjęcie można zrobić i telefonem (jeśli ma się dobry, mój się w tym przypadku nie sprawdza ;)), ale pomaga. Kupiłam sobie zestaw blend w ramach prezentu po-urodzinowego. Dzieciom najbardziej podoba się złota (odbija światło dzienne w sposób imitujący włączenie lampki), a ja najczęściej korzystam z białej. Jak działa? Poniżej znajdują się dwa zdjęcia tego samego obiektu; w obu przypadkach nie zmieniałam ustawień aparatu fotograficznego - efekt rozjaśnienia to wyłącznie zasługa blendy.


Jeszcze do niedawna musiałam radzić sobie z nią sama - najczęściej opierałam ją o udo, przytrzymywałam kolanem albo wykonywałam jeszcze innego rodzaju nożne akrobacje. Pewnego dnia z pomocą przyszedł mi synek. Robiłam właśnie zdjęcia w jego pokoju, więc siłą rzeczy młody zainteresował się aktywnościami matki. Gdy wskazał nierozpakowaną jeszcze blendę i zapytał, "co to", wiedziałam, że jego ciekawość można kreatywnie wykorzystać!



TŁA

Już powyżej można zauważyć, jak to działa: czasem rozrzucę jakiś kocyk, czasem kilka kolorowych kartek, najczęściej korzystam jednak z kartki ze wzorem w marmurek (widocznej zresztą na poprzednich zdjęciach) - o tej:


Tak, jest rozmiaru A4. Tak, jest mała. Dlatego też nadaje się do fotografii naprawdę niewielkich przedmiotów albo niewielkiej ich ilości (Zamierzam wybrać się do marketu budowlanego i kupić "marmurową" wykładzinę PCV - większa powierzchnia to większe pole manewru, ha! ;D). Kartkę "w akcji" można było oglądać np. we wpisie "przedwojenna cukiernia, czyli szelest skrzydeł białego kruka" (link TUTAJ):


OBRÓBKA

Najchętniej korzystam z darmowego programu dostępnego online: Pixl Express (TUTAJ). Jest intuicyjny, a z jego pomocą (zakładka "Effect") można włączać filtry jak w Instagramie. Jednak w odróżnieniu do popularnej aplikacji, w Pixl Express nie korzystam z całości efektu - zazwyczaj ustawiam suwak na 10% i jestem zadowolona ze zmian. Jak wyglądają takie drobne "retusze" (zwykle dotyczące jasności albo kolorystyki)?



Poniżej jedna z moich ulubionych "przeróbek", przy okazji jeden z moich pierwszych mockupów (wyjaśnię za moment). Po lewej "przed", po prawej "po". Nieźle, prawda? (tak, wiem, skromnością tu nie grzeszę ;)) Wykadrowałam/przycięłam, wyrównałam, rozjaśniłam i dodałam swoją grafikę.


MOCKUPY*

* Przy "polskim" czytaniu nazwy można się uśmiechnąć... Pamiętajcie: mockupy nie mają nic wspólnego z siłą stolca! ;)

Słowo-zagadka, jeszcze kilka miesięcy temu nie zdawałam sobie sprawy z ich istnienia. Sądziłam, że te wszystkie grafiki (przeważnie sprzedażowe, o! - "produktowe" będzie lepszym określeniem), prezentujące plakaty we wnętrzach lub grafiki z lotu ptaka (widok z góry na biurko itp.) każdorazowo były tworzone od podstaw. A tu nie. Nie zawsze, w każdym razie. Otóż istnieje możliwość pobrania tła, gotowej aranżacji, w którą wplata się jedynie (aż?) własną grafikę. Zazwyczaj wystarczy do tego Photoshop - wgrywamy odpowiedni mockup i w "niebieskie tło" dodajemy czy plakat, czy grafikę. Czasem tak sprytnie to wszystko wygląda, że efekty zgięcia kartki, wybrzuszenia czy cienie mamy już naniesione. Magia. Niestety, Photoshopa nie mam, a i nie wszystkie darmowe mockupy przypadły mi do gustu. Co zrobiłam? Stworzyłam je sama. Z własnych zdjęć.
 
Poniżej zaprezentuję drogę, jaką przeszło jedno z moich zdjęć, żeby stać się mockupem (wykorzystałam je potem do prezentacji grafiki z cytatem Virginii Satir).

Na początku była fotografia kartki, jaką posłałam jednej z klientek:


Filtr by Instagram - trochę za ciemny, zacieniony - ale wtedy tak mi się podobało.
Żeby przydało się jako mockup, rozjaśniłam zdjęcie, poprawiłam też kontrast:


Teraz pozostało usunąć grafikę kartki - stworzyć "blue screen". W moim przypadku biały - chciałam bowiem wykorzystywać zdjęcie w przyszłości jako tło dla własnych grafik, a te przeważnie są na białym tle właśnie.


Do tak przygotowanego mockupu dodałam własną grafikę:


Jak widać, nie wszystko jest tutaj idealne. Kartka nie jest na środku kadru, cień jest za mocny - pasował do brązowawej kartki pierwowzoru, tutaj już wygląda sztucznie. Poprawiłam więc i jedno, i drugie, a poniższa wersja pojawiła się na blogu we wpisie "psychologia o przytulaniu + grafika do pobrania" (link TUTAJ). Prawda, że o wiele lepiej?


Na podobnej zasadzie wplotłam już samą grafikę rąk w inne zdjęcie mojego autorstwa.
Efekt końcowy widzieliście we wspomnianym poście:


...a powstało ze zdjęcia poniżej:


Wydaje się, że to niewielka zmiana, prawda? Ot, zamiast pocztówki That Way z urokliwą pchełką (Lordem Pchłem?) przytulające się ręce. Otóż, żeby uzyskać taki efekt, musiałam najpierw usunąć poprzednią grafikę (dokładnie, nie naruszając konturów samej kartki), potem grafikę rąk przyciemnić do zastanej fotografii (pierwotnie moja ilustracja znajdowała się przecież na białym tle!) - najdokładniej w miarę możliwości - potem wyciąć ręce, wkleić, dostosować rozmiar oraz kąt nachylenia, a potem... dłubanie. Dopasowanie tła kartki do rąk (lub na odwrót) - nie ma tu bowiem jednorodnej kolorystycznie powierzchni, jest delikatnie przechodzenie kolorów jeden w drugi, cienie, ombre. To był najdłuższy i najbardziej żmudny fragment pracy nad tym zdjęciem; w powiększeniu, kiedy widać już piksele.


No. Jeśli więc jeszcze raz usłyszę kiedyś, że "tak się tam bawię" (w znaczeniu "a co ja tam robię, pierdółki tylko") - serio, lepiej żeby powtarzającego te bezeceństwa nie było w zasięgu mojego rzutu... czymkolwiek, co będzie pod ręką ;>. 

Na koniec, w ramach deseru, zdjęcie z kuluarów spotkania KOLOR ROKU 2017 Benjamin Moore #OkiemEksperta (które opisywałam TUTAJ) - na dowód, że nie wszystkie moje zdjęcia wymają retuszu ;). Poza lampą - główną bohaterką - możecie zobaczyć Magdę Motrenko z bloga Wnętrza-Zewnętrza oraz Monikę Pietras z GDEL&friends (o otwarciu showroomu pisałam TUTAJ).


PS. Ten post powstawał kilka dni. Możliwe, że uzbierałby się tydzień. Albo i dłużej.
PPS. Co teraz sądzisz o banalnej pracy blogera? ;) 

grudniowy wieczór

12/28/2016

grudniowy wieczór

...to czas przytłumionych dźwięków, przygaszonych świateł. Spokoju w sercu, na które - być może - czeka się cały rok albo dzień, by (kiedy dzieci usną) usiąść i w ciszy uśmiechnąć się, tak ciepło.

Pewne dwa grudniowe wieczory spędziłam na wypisywaniu kartek świątecznych. Zapalone świece, stosik karteluszek dookoła, flamastry od synka ("Och, możesz pożyczyć, mamo, możesz!") i uśmiech.













Zastanawiam się w tym roku... Tyle osób marudzi na dekorowanie domu już w listopadzie, na ubieranie choinki w pierwszej połowie grudnia... Ale po raz kolejny święta minęły tak szybko... Nim się obejrzałam, wybrzmiały kolędy, wczoraj RMF Classic powrócił do muzyki filmowej. Choinka ubrana w Wigilię, a tutaj już po świętach... I tak, wciąż cieszy oczy, ale czuję, że coś już minęło, skończyło się, że teraz czeka się na nowe, które wraz z nastaniem nowego roku znów pachnie czymś przebrzmiałym... Atmosfera oczekiwania ulatuje, coś się dokonało...

Nie wiem, pewnie za rok znów ubiorę choinkę dopiero w Wigilię, tradycyjnie, ale nie będę tak marudzić... Będę słuchać kolęd już od pierwszego dnia ostatniego miesiąca roku... By ten cudowny czas, to ciepło, które gdzieś tam zakodowała we mnie kultura, było ze mną jak najdłużej...


końca świata nie będzie

12/23/2016

końca świata nie będzie

 - Prąd wyłączyli! Koniec świata, co? - kilka dni temu zapytał mój sąsiad. Starszy pan uśmiechnął się lekko, sądził pewnie, że bierze mnie pod włos. 
 - A wie pan, że nie? Tak myślałam, ale nie.

Końca świata nie było.
I gdyby starszy pan nie schował się do swojego mieszkania (a mnie nie wołała córeczka), być może opowiedziałabym mu o tym, jak przyjemnie było wyciągnąć świece, zapalić zapałki - czekać na moment, kiedy iskra chwyci, a mała główka zajmie się ogniem. Spoglądać, jak płomień z małego rośnie w siłę, jak powoli ogrzewa dłoń nieopodal. Jak łuna pomarańczowego światła zaczyna otulać pewien skrawek przestrzeni Domu.

Jakiś czas temu wyłączyli nam prąd w bloku: nie na chwilę moment, ale na całe osiem godzin. Bardzo słowne osiem godzin: od 8:58 do 16:48. Z początku myślałam: "Skandal! Co to... nie obejrzę swojego serialu? Dzień dobry TVN podczas karmienia Marion kaszką? Na komputerze nie posiedzę? Wody zwyczajnie w czajniku [elektrycznym, rzecz jasna] nie zagotuję jak człowiek?!"

A po chwili przyszło otrzeźwienie. 
Wodę zaparzę w garnuszku, na szczęście mam piecyk gazowy. Gaz włączę jak kiedyś, odpalając z zapałki.
Faktycznie, nie obejrzę serialu, programu śniadaniowego, nie wrzucę kolejnego zdjęcia na Instagram, nie przejrzę Facebooka, który zasysa czas i - na dobrą sprawę - jest jego złodziejem.
Za to powyciągam wszystkie świece, które tak lubiłam kiedyś kupować, a które kurzyły się w szafce od dobrych kilku lat. Wykorzystam wreszcie mój lichtarz - może poczuję się jak współczesne wcielenie Lizzy albo innej z bohaterek Jane Austen. 
Posłucham ciszy.
Nie będę wpatrywać się w światła miasta. Wolę światło Domu - małe ogniki, które skaczą i tańczą, jak płomienne chochliki.

Nie było końca świata, choć przez chwilę zakładałam, że będzie trudno. Że nie dam rady.
Elektronika uzależnia. Bez prądu wi-fi padło, nawet na telefonie nie mogłam podejrzeć obrazków na IG. Nie podładowałam go zresztą, więc i rozmowy z ludźmi na odległość raczej nie były możliwe.
Za to odkryłam przyjemność płynącą z bycia z bliskimi tu i teraz. Mąż był w delegacji, byłam sama z dziećmi... Powoli zbliżał się wieczór, świecie stawały się coraz jaśniejsze, bo łuna dokoła nich stawała się bardziej wyraźna.

Mały John siedział w półcieniu i nucił kolędy, sam z siebie, bawiąc się dinozaurami. Marion zasnęła, otulona nocnym kocykiem Matki Natury, a ja przyglądałam się im, nawet nie próbując powstrzymywać ciepłego uśmiechu...

Gdy Marion wciąż spała, poczytałam z synkiem opowieść o małej myszce. Łowiliśmy szczegóły ilustracji, wyławialiśmy je z mroku, przybliżając książkę do świecy. Dawno nie spędziliśmy ze sobą tak dużo czasu - bez dodatków, ozdobników, "ulepszaczy" czasu, które sobie współcześnie fundujemy. Po prostu byliśmy. Razem.











Na nadchodzące Święta życzę Wam  wyłączonego prądu, chociażby metaforycznie. Wieczorów bożonarodzeniowych spędzonych nie przed telewizorem i "Kevinem..." czy nawet "To właśnie miłość", ale ze sobą - bez pośredników. Niech nic nie odwraca Waszej uwagi od Was i Waszych bliskich - bądźcie dla siebie wzajemnie największym skarbem i wartością.
Zapalcie te świecie, co to je trzymacie na "lepszy czas" (romantyczną kolację, spotkanie ze znajomymi albo miły wieczór z herbatą w ręce, kiedy nie będzie trzeba niczego robić) - to właśnie ten moment! Nie odkładajcie niczego na później, tym bardziej przyjemności, które planujecie dla siebie. Bardzo łatwo starać się dla bliskich, troszczyć o nich, o wiele trudniej być pieszczotliwym dla samego siebie.

Uśmiechnijcie się.

Nic nie musimy, nikt od nas niczego nie wymaga. Wszystko, co warte jest pośpiechu, mamy na miejscu, obok siebie: męża, dzieci... Rodzinę. Jeśli oni są - niczego więcej nie potrzebujesz. Ani piernika, ani barszczu, ani karpia. Nawet choinka jest zbędna. To tylko symbole, ślad tradycji. Znam domy nimi przepełnione, a smutne. I takie, gdzie widzialnych, namacalnych symboli brak, ale czuć Ducha Świąt, bo on mieszka w ludziach, w sercach.

Wszystkiego dobrego na Święta. Byśmy znaleźli Czas.

duńska sztuka szczęścia w Polsce, czyli co to jest "hygge" i dlaczego wyskakuje nawet z lodówki

12/13/2016

duńska sztuka szczęścia w Polsce, czyli co to jest "hygge" i dlaczego wyskakuje nawet z lodówki

Słowo hygge, do tej pory nieznane skromnemu mieszkańcowi kraju nad Wisłą, stało się ostatnimi czasy modne. Modne, czyli "daj z tym spokój, kobieto", jak powiedziałby mój małżonek, dla którego przymiotnik na "m" stanowi ostateczny (często też jedyny) argument, by coś przekreślić. Tak też sądziłam, przynajmniej z początku, kiedy w sieci zaczęły pojawiać się wzmianki o książkach promujących duńską sztukę szczęścia. 
 - Ech, kolejny poradnik - dodałam, całość okraszając machnięciem ręki, zignorowawszy fakt, że na moment moją twarz rozjaśnił uśmiech. Na moment, tłumaczyłam sobie. Bo ty to masz coś do Skandynawów, Marta. Ubzdurałaś sobie, że po Irlandii Północ to twój drugi dom. To się uśmiechaj, skoro masz taki kaprys, ale modne hygge nie znaczy twoje hygge.
I poddałam się temu głosowi. 

Jestem jednak kobietą. Jestem ciekawska, dociekliwa, nieugięta i - jak wmawiano mi w przedszkolu - jak każda Marta - uparta. Gdy więc zobaczyłam na żywo książkę Marie Tourell Søderberg, musiałam ją przejrzeć. Chociażby na szybko. "O co tyle szumu..." - zadać sobie to pytanie i na nie odpowiedzieć. 

I znowu się uśmiechnęłam. Ale nie na moment. Na długo. Uśmiech wrócił ze mną do domu. I został. (Jeśli nie widoczny na twarzy, to ogrzewający serce.) Tak skutecznie został, że postanowiłam wpisać książkę na swoją listę prezentów świątecznych. Ale nie wytrzymałam i kupiłam ją sobie wcześniej.





O co chodzi z tym całym hygge?

Hygge*, jak wskazuje podtytuł, to duńska sztuka szczęścia. Określenie, które służy nazwaniu tego wyjątkowego stanu, kiedy uśmiechasz się sama do siebie i czujesz wspaniale. Na tyle dobrze, że nie potrzebujesz do życia już niczego więcej. Kiedy "tu i teraz" jest wszystkim, co najlepsze. Nie potrzeba do tego wielkich rzeczy czy wydarzeń - chodzi o łapanie chwili w codzienności, najlepiej zwyczajnej, ale niezwykłej jednocześnie.

*Jak prawidłowo wymawiać ten termin? Na kilku stronach można przeczytać, że "huga", ale to nie do końca prawda. Raczej... "h-u/y-gr" - gdzie końcówka "gga" będzie brzmiała "gr", a środkowe "u" jako coś pomiędzy "u" a "y" (Teraz można sobie wyobrazić, jak w trakcie lektury próbuję odtworzyć właściwą wymowę. Pozwalam.).




Co znajdziemy wewnątrz?

Krótkie rozdzialiki, czasem jednostronicowe. Fragmenty przybliżające nam ideę hygge, próbujące opisać czy scharakteryzować zjawisko. Pojawią się informacje czysto techniczne (jak chociażby wymowa terminu czy słowniczek związanych z nim pojęć), socjologiczne lub historyczne, ale mnie najbardziej urzekły ludzkie opowieści. Dla każdego hygge znaczy bowiem coś innego, choć stosunkowo łatwo można wskazać pewną wspólną nić snutych "definicji". Znajdziemy tu piękne historie o byciu razem, tworzeniu społeczności, rodziny, okraszone zdjęciami, które nazywam "łapiącymi atmosferę". Nie zabraknie też przepisów na proste potrawy, które rozgrzewają serca, i wskazówek dotyczących czy to urządzania wnętrza, czy sposobów na spędzanie czasu.
 







Czym dla mnie jest hygge? Jak hygguję?

Choć hygge to określenie duńskie (a ja mam problem z właściwą wymową tego terminu, przez co kłóci się ono nieco z moją fizjonomią - określenie to jest dla mojego fizycznego języka obce, ale...*), podejrzewam, że każdy na świecie ma swoją definicję stanu, który Duńczycy tak nazywają (*...mój język myśli i duszy doskonale je zna, wyczuwa). Każdy ma swoje rozumienie szczęścia.

#1
Dla mnie to chwile takie jak ta - kiedy robię coś w zasadzie nieważnego (sprzątam, pracuję, cała ta zabiegana reszta), podnoszę wzrok w zasadzie przypadkiem i widzę... Moi kochani, moi najbliżsi... Moje trzy kawałki serca...




#2
Kiedy mamy nosy przyklejone do szyby i patrzymy, jak niebo przecina samolot, jak ptaki gromadnie odlatują do ciepłych krajów, gdzie kończy się tęcza...




#3
Kiedy spędzamy czas razem i wydaje mi się, że uczę go świata, a to On pokazuje mi, jak wielu rzeczy jeszcze nie wiem, jak dałam się oszukać dorosłości i uciszyć swoje wewnętrzne dziecko... Czuję się hygge wtedy, gdy zaczynam patrzeć na "moje" oczywistości Jego oczami... Wtedy nawet duży problem staje się mniej ważny, a drobnostka urasta do rangi Skarbu czy Tajemnicy. Naszej, wspólnej.




#4
Gdy udaję, że Jej nie widzę, bo miała mieć drzemkę, a pospała zaledwie dziesięć minut (oszukaństwo!). Gdy świdruje mnie wzrokiem, cierpliwie, spokojnie, z dostojnością charakteryzującą pewne siebie kobiety. Nie wytrzymuję. Rzucam szybkie (bardzo mi zależy na tym, by jak najkrótsze, ot, dla zaspokojenia sumienia) spojrzenie i... mięknę. Uśmiecha się. Śmieje się całą sobą. Do mnie. Do swojej mamy. Odwzajemniam uśmiech. "A co ty tam, Fikusia-Mikusia...?" - zagaduję, zamykając komputer.




#5
Kiedy przechodzę obok lodówki i spoglądam na liściastą płaszczkę stworzoną przez Małego Johna. Kiedy rzeczy zwykłe stają się unikalne. Kiedy świat po raz kolejny zadziwia mnie swoimi możliwościami - będącymi na wyciągnięcie ręki. Wystarczy... ją wyciągnąć?




W nawiązaniu do pytania w tytule: czy hygge można spotkać nawet w lodówce? Owszem. Dla mnie to mleczna czekolada, solony karmel, sałatka caprese, galaretka zrobiona przez Męża i Syna, ciasto trianon, które specjalnie z myślą o mnie kupi mój Tata... To wiele potraw, które przypominają dzieciństwo, odsyłają do nastoletnich porywów serca, pierwszych starć z obiadami i posadą żony, do posiłków zjadanych w pośpiechu, bo niemowlę płacze...