3/30/2021

Dlaczego nowy "Tajemniczy ogród" jest beznajdziejny?

Rok 2020 spieprzył wiele - nie oszczędził także nowej ekranizacji "Tajemniczego ogrodu" Frances Hodgson Burnett - filmu z Colinem Firthem w roli garbatego wuja oraz Julie Walters w roli pani Medlock (to w zasadzie jedyne znane twarze w tej produkcji). Już sam zwiastun rozbudził we mnie dziwne poczucie, że nie będzie to dobra narracja. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie sprawdziła. 



Intuicja mnie nie zawiodła. 

Film Marca Mundena (ze scenariuszem Jacka Thorne'a) tak usilnie pragnie pokazać coś nowego, dołożyć coś do znanej wszystkim opowieści, by zaistnieć/wybić się/wyróżnić (wybierz dowolne lub dodaj własne propozycje), że prostota i siła historii stworzonej przez Burtnett nikną, przysypane gruzami tej wymyślnej, ale nie trzymającej się kupy konstrukcji filmowej.

Dlaczego? Już tłumaczę.


RECENZJA ZAWIERA SPOILERY,

 ale to dobrze - dzięki mnie już nie musisz tego oglądać 😎


ZMYŚLONY OGRÓD

Nie ma to jak stworzyć baśniowy, tajemniczy ogród, korzystając z najnowocześniejszej technologii i... efektów specjalnych. Bo przyroda sama się nie obroni, prawda?

Oj, ironizuję mocno, przyznaję, ale już na wstępie jedno zirytowało mnie w filmie mocno: dokręcanie świata natury, dodawanie mu pieprzyka, podkręcanie efektów w komputerze, by całość wizualnie jeszcze bardziej zachwycała widza. Problem jednak w tym, że warstwa wizualna filmu zachwyca wtedy... gdy twórcy nie korzystają z dodatkowych efektów, gdy sceny zwyczajnie nie są przekombinowane. Zachwycają dopracowane wnętrza, zachwycają stroje, zachwycają detale i rekwizyty. Najmniej za to zachwyca... komputerowo generowany ogród, który miał zostać jeszcze bardziej ożywiony dzięki efektom specjalnym. Podobnie nie działa komputerowy rudzik, który całkowicie niknie przy kradnącym całe show... psim aktorze. (Jemu jednak poświęcę oddzielny fragment.)

To właśnie komputerowa ingerencja w piękno ogrodu zwróciła moją uwagę w zwiastunie.

 - Jak to!? - pomyślałam sobie - Mary wyczarowuje ogród? On się stwarza na jej oczach? Wyczarowuje z niczego? Wyrasta w kilka sekund jak za dotknięciem zaczarowanej różdżki, a bohaterka opowiada na offie coś o magii?! Co to ma znaczyć?!

Bardzo chciałam, żeby scena zamieszczona w zwiastunie - a ukazująca ogród jak baśniową krainę zdolną objawić się wybrańcowi, który uwierzy w jej magię - była nieszczęśliwym skrótem narracyjnym, ot, streszczeniem tego wszystkiego, co miało miejsce w historii napisanej przez Frances Hodgson Burnett. I faktycznie: to była forma streszczenia, niestety. Rozkwitający i wybuchający życiem ogród został pozbawiony wszystkiego, co mogło wiązać się z niewygodą czy trudem - został pozbawiony pracy i wysiłku włożonego w jego pielęgnację. Dla porównania, Mary i Dicon w filmie Agnieszki Holland wyrywają chwasty, sadzą nowe rośliny, przycinają gałązki, podlewają i codziennie doglądają ogrodu, który dzięki nim odradza się do życia, a i cykliczność świata przyrody została doskonale pokazana. Tymczasem w filmie Marca Mundena ogród rozkwita jak gdyby sam z siebie, odczarowany po prostu samą obecnością człowieka w nim, w oderwaniu od świata zewnętrznego. Cykl odradzania się do życia, przechodzenie z przedwiośnia (już bez śniegu, ale z widoczną stagnacją natury) we wiosnę (gdy wszystko kiełkuje, rośnie, budzi się do życia) został w nowszej ekranizacji sprowadzony do komputerowego przyspieszenia wzrostu roślin. Nie ma kwiatów - są kwiaty. Ot, sekunda, dla animatorów żaden problem. I choć wizualnie niejeden może się zachwycić (ekran wypełniają nam kolory, egzotyczne rośliny - bogactwo barw i form), tak uderza mnie przykra myśl, że wszystkie te zabiegi są po nic. Mocniej bowiem oddziałują według mnie pełne delikatności sceny z filmu Holland, kiedy bez ingerencji technologicznej pokazuje się rozwijające się pąki, naturę w jej prostocie najpiękniejszą, bo żywą, niepoddającą się, NATURALNĄ i PRAWDZIWĄ. 

 

"Zmyślenie" ogrodu - wyjęcie go z ram świata realnego - przybiera w filmie także inną formę. Mary przyjeżdża do posiadłości wuja i otrzymuje pokój, który sam w sobie stanowi zresztą ogród. Tajemniczy i niepokojący, ale jednak ogród. Całość utrzymana jest w kolorystyce przygaszonej zieleni, ściany zdobią tapety lub malunki przedstawiające oniryczną roślinność, a gdy bohaterka rzuca się na łóżko z zamiarem oddania się jedynej w tamtym momencie rozrywce - fantazjowaniu - twórcy przemieniają zamkniętą przestrzeń pokoju... w żyjący ogród właśnie! Na co więc dziewczynce tytułowy tajemniczy ogród, skoro jeden już dostała? Tego nie wiemy, twórcy jednak najwyraźniej chcieli tchnąć nieco poetyzmu i artyzmu do swojego projektu (?), bowiem motyw śnienia czy przekraczania granicy dzielącej jawę od snu pojawia się w filmie dość często. Gdy tylko Mary zostaje sama ze swoimi wyobrażeniami, ciasne i nieprzyjazne elementy jej angielskiego nowego domu zmieniają się w te znane i oswojone w Indiach. Tym samym poznajemy przeszłość dziewczynki - trochę wchodząc jej do głowy i będąc nieproszonymi gośćmi wspomnień.

 



TO NUDNE JEST - PODRASUJMY TO!

Wydaje mi się, że powyższe było mottem twórców filmu.

Przyroda sama w sobie nie wystarczy - trzeba dodać coś ekstra. Komputerowo przyspieszyć wzrost, stworzyć taką scenerię, która przywodziłaby na myśl miejscami Alicję w Krainie Czarów. Nienaturalnie wielkie, olbrzymie wręcz liście, psychodeliczne barwy (nie zapomnę silnie żółtych kwiatów - jak z krainy fantazji, nie świata realnego).

Nie wystarczy roślinność charakterystyczna dla regionu. Zwykły angielski ogród nie zachwyci! Trzeba dodać palmy, mnóstwo egzotycznych, dziwacznych roślin, które wprawią widza w zdumienie.

Rudzik? A tam rudzik - wrzucimy go, bo musimy (bo ważny symbol, niech im będzie), ale o wiele ciekawszy będzie pies! Bo przecież kto nie kocha psów? Zwłaszcza takich włochatych, kundelkowatych? No miłość będzie, dzieciaki będą zachwycone!

Mamy pokazać troskę Mary za pośrednictwem jej dbałości o ogród? E tam, nuda. Taka roślina nie odpowie, nie szczeknie, nie można za nią biegać, nie można się z nią bawić. I z nią niby ma budować relację główna bohaterka? E tam, wykorzystajmy psa! Pies będzie idealny! Nie tylko zaprowadzi Mary do ogrodu, ale i pozwoli, żeby bohaterka poczuła, że ma kim się opiekować. Piąteczka!

W pomieszczeniach posiadłości dodajmy dziwne akcenty, zmieńmy pokój Mary w przestrzeń na granicy jawy i snu. Dziwaczny wielki koń na biegunach w rogu pokoju? To nic, że jest groteskowy, a momentami przeraża (Kto miałby się na nim huśtać, skoro jest w rozmiarze maxi, jak stworzony dla dorosłego? Creepy...). Wykorzystamy go w jednej z istotnych scen, bo - uwaga! - będzie skrytką na listy matek Colina i Mary! Ha, genialne!

Mary ma ratować wuja tylko swoją obecnością? Ma ratować rodzinę tym, że odmieniła Colina i sprawiła, że zaczął cieszyć się życiem i zaczął zdrowieć? E tam, nuda! Kto to niby zrozumie, do kogo to dotrze? Nie, pokażmy lepiej, jak Mary NAPRAWDĘ ratuje wuja! Niech zrobi coś bohaterskiego, na przykład... tak! Niech go wyciągnie z płomieni! Ha! To dopiero będzie scena!

W ogóle może podrasować samą historię? Bo nudne to takie: osierocona dziewczynka przyjeżdża do posiadłości wuja, opiekuje się ogrodem, poznaje kuzyna i wyciąga go do tego ogrodu, a po czasie dołącza do nich wuj i wszyscy żyją długo i szczęśliwie. (Zieeeew... 🥱) Może dodać tajemnicę? Nie, nie ogrodu! To żadna tajemnica przecież... Wykorzystajmy matki - przecież feminizm jest teraz modny, to pokażmy te kobiety, które autorka książki tak bezsensownie uśmierciła. Oddajmy im hołd. Opiszmy ich historię, wybielmy je (bo przecież matka Mary nie mogła być taka zła, to bez sensu)! Pokażmy, jacy z nas feminiści!


Tjaaa...

Problem jest w tym, że piękno "Tajemniczego ogrodu" kryło się właśnie w prostocie. Fabuła nie musiała być rozbudowana, a tempo opowieści nie musiało przypominać doskonałego kryminału z trupem co kilka stron, byśmy wczuli się w atmosferę tajemniczości i zagadki do rozwiązania. Tę aurę tworzył stary dom, zamknięty na klucz i zaniedbany ogród, a także... odgrodzony od świata Colin, na którego trafiła w końcu Mary. Bohaterowie nie mieli o sobie pojęcia, a powolne odkrywanie kolejnych puzzli wystarczy, by między nimi budowała się relacja.

Tytułowy ogród zachwyca nas nie dlatego, że zasadzono w nim dziwaczne rośliny, że jest egzotyczny i jak nie z tego świata. Zachwyca nas to, że był martwy i zaniedbany, a ożył. Że z suchych, nijakich pędów wyrosły wspaniałe poszycia drzew, że małe sadzonki przemieniły się w przepiękne kwiaty. Że natura wybuchła barwami i zapachami - a wystarczyło tylko poświęcić jej nieco czasu i pracy. To nas zachwyca: że wszystko może się odrodzić, jeśli tylko damy temu szansę, jeśli będziemy o to dbali. Czy będzie to ogród, czy relacja międzyludzka.

Właśnie: symbole. Prostota opowieści Burnett sprawia, że możemy skupić się na wykorzystanych przez autorkę metaforach, że te są dla nas po prostu czytelne. Ogród jest tu przecież metaforą żywego stworzenia. Pozostawiony sam sobie usycha, i chociaż żyje, jest zaniedbany, nijaki, przez niektórych dawno skreślony. Tymczasem wystarczy czułość, odrobina troski, by ogród ożył - znowu obudził się do życia i zachwycał. Mary na jego przykładzie uczy się bycia opiekuńczą, dawania z siebie bez egoizmu, a z samej potrzeby zrobienia czegoś dla innych. Rodząca się empatia dziewczynki przechodzi potem na domowników, zmienia wreszcie wuja, który sam był jak ogród: opuszczony przez panią Craven popadł w stagnację, zamarł. Dzięki temu tak jak zachwycał nas odmieniony, ożywiony ogród, tak samo wierzymy w przemianę wuja - w szczęśliwe zakończenie tej opowieści. Bo tutaj naprawdę nie potrzeba wiele. Ten człowiek stracił najważniejszą dla siebie osobę, załamał się i odsunął od życia, dodatkowo przerażony widmem utraty syna. Tymczasem cudu dokonała mała dziewczynka: pokazała, jak otwarcie się na innych i ukochanie świata (tutaj sprowadzone do zachwytu nad pięknem natury) mogą tchnąć w nas życie i uleczyć. Bo to jest właśnie najważniejsza lekcja, najpiękniejszy morał z tej opowieści: nie ważne jest to, co było, co przeżyliśmy - każdy z nas może się uleczyć i żyć pełnią życia, jeśli tylko pozwoli sobie na to i otworzy swoje serce.


BOHATEROWIE DO POPRAWKI

Skoro zadano sobie tyle trudu, by urozmaicić tę prostą i zwyczajną opowieść, dlaczego nie podrasować i bohaterów?

Pierwsza, dostrzegalna zmiana to Dicon - do filmu wybrano czarnoskórego chłopca. To kolejny z wielu przykładów ujmowania w obsadzie osoby o ciemnym odcieniu skóry, tutaj o tyle kontrowersyjny, że w oryginale chłopiec ma jasną skórę. To trochę łagodniejsze powtórzenie sytuacji z obsadą "Harry'ego Pottera i Przeklętego Dziecka", gdzie do roli Hermiony wybrano czarnoskórą aktorkę. Teoretycznie odcień skóry aktora nie powinien robić nam różnicy - nie zmienia się bowiem charakter postaci, wszystko poza karnacją pozostaje przecież bez zmian. Jest to jednak jakiś znak czasów, w których żyjemy: gdy dla świętego spokoju (jak domniemywam) robi się taką "podmiankę", by "każdy był zadowolony". Chciałabym jednak w miejsce tego obejrzeć "Tajemniczy ogród" w całości zagrany przez czarnoskórych aktorów. Dla mnie osobiście to byłby większy ukłon w stronę dyskryminowanych przez dziesięciolecia - a nie tani chwyt, namiastka równości. (Dlaczego Harry Potter nie mógł być czarnoskóry?) Muszę jednak przyznać, że wybór aktora w żaden sposób nie wpłynął na odgrywanego bohatera czy historię jako taką - to plus dla tej produkcji.

Druga zmiana - widoczna od początku, ale w zachowaniu - to charakter Mary. Dziewczynka w oryginale była samolubnym, egoistycznym dzieckiem, którym zajmowała się służba i które w zasadzie bardziej przypominało dorosłego zamkniętego w ciele dziesięciolatki. Bohaterka filmu Agnieszki Holland najczęściej milczy, zaciska usta i patrzy spode łba na wszystkich dookoła. Jeśli się odzywa, najczęściej jest roszczeniowa, jak na rozpieszczoną panienkę przystało. Tymczasem bohaterka Marca Mundena uwielbia snuć opowieści i żyć w świecie fantazji, chce na siłę opowiadać swoje bajki nieznajomemu chłopcu, a gdy ten nie ma na to ochoty, wyrzuca swoją powierniczkę i niemą przyjaciółkę lalkę do wody, chcąc udowodnić wszystkim (albo przede wszystkim samej sobie), że jest dorosła. Mary Lennox z tej wersji to nie tyle rozwydrzone dziecko, które nie zaznało rodzicielskiej miłości i było zdane na siebie, co poraniona dziewczynka kochana przez ojca (co jest pokazane w jednym z jej wspomnień), ale porzucona przez melancholijną matkę. Niby mała zmiana, a jednak znacząca! Mary Burnett i Holland nie są bowiem tą samą Mary co bohaterka Mundena. Jego postać miała kochającego ojca i wspomnienia, do których uciekała, których kurczowo się trzymała. Miała wreszcie swoją wyobraźnię i umiłowanie dla literatury, legend - a te mogły stanowić świetną formę terapii i eskapizm. Tymczasem oryginalna bohaterka była tego pozbawiona, dzięki czemu jej wewnętrzna przemiana tak cieszy i tak do nas przemawia - właśnie dlatego, że zawsze samotna Mary sama odkrywa, jaką radość daje jej robienie czegoś dla innych, troska. Dziesięciolatka Mundena nie musi tego robić - jej może wystarczyć ogród-pokój i własna wyobraźnia. Do tego wszystkiego dochodzi pies, który przejmuje rolę ogrodu z książki. To on budzi empatię Mary, to nim dziewczynka chce się opiekować i jemu pierwszemu okazuje uczucia. To jednak pies - stworzenie na tyle wypieszczone w filmach familijnych, że w zasadzie inne emocje poza rozczuleniem nie są tutaj możliwe. Bardzo łatwo nam od razu pokochać to zwierzę - bardzo łatwo przychodzi to też Mary. Gdzie tutaj miejsce na odkrywanie czegoś niewidzialnego dla innych? Gdzie pomysł, by zaopiekować się czymś, co dla wszystkich innych jest niczym, jest jak umarłe? Książkowa Mary zaczyna troszczyć się o ogród z czystej potrzeby dawania od siebie. Mary Mundena pragnie raczej oswoić suczkę-przybłędę, by uzyskać... przyjaciela, kompana zabaw (bo obie są samotne, obie zagubione, obie wolne dusze i żeńska energia). Jak na ironię suczka okazuje się w drugiej połowie filmu być... samcem.



DLACZEGO MAMA ODESZŁA?

 - jak gdyby to pytanie było najistotniejsze, najpilniejsze do udzielenia odpowiedzi. Mieliśmy to w filmowej "Pięknej i Bestii" z Emmą Watson (gdzie nakręcono dodatkowe dialogi między bohaterami oraz całą scenę tłumaczącą śmierć i zniknięcie matki głównej bohaterki), mamy i tutaj. Co ciekawe, o ile o żonie Maurycego (taty Belli) w istocie nie wiedzieliśmy nic, o tyle Burnett nie ukrywała jakoś szczególnie powodów nieobecności matek w życiu obu młodych bohaterów "Tajemniczego ogrodu": Mary i Colina. Pierwsza zginęła tragicznie w trakcie epidemii cholery w Indiach, druga w wyniku nieszczęśliwego wypadku. I tyle w zasadzie powinno nam wystarczyć, bowiem matki bohaterów nie odgrywają w tej historii żadnej roli - ich brak (właśnie to: BRAK) jest ważny dla ukazania charakteru dziecięcych postaci, okrucieństwa losu, ale nie tylko. Ten brak zbliża do siebie Mary i Colina (tak samo jak filmowego Księcia i Bellę z "Pięknej i Bestii"), pozwala pokazać, że mimo ogromnej pustki i odczuwanej tęsknoty, mają oni obok siebie kogoś, kto rozumie, z kim mogą się zaprzyjaźnić, zbudować więź. Ten brak - perfidnie zaplanowany przez autorkę książki - uświadamia, że jeśli tylko pozwolimy smutkowi wybrzmieć, jeśli otworzymy swoje serce, świat nam tę pustkę wypełni. To piękna i wartościowa lekcja, którą jednak Marc Munden i Jack Thorne nam odbierają - w gruncie rzeczy nie ważne czy zamierzenie, czy nie. Ich pociąg ku temu, by wygładzić niejasne wątki dotyczące mam dziecięcych bohaterów, by historii tych kobiet nadać głębię (Po co?), uwypuklić zalety żeńskich bohaterek (co wypada kuriozalnie, ale o tym za chwilę), wpływa na wydźwięk całej historii. Przesunięcie akcentów całkowicie zmienia bowiem narrację. To nie ogród jest już punktem centralnym, symbolem zatrzymanego życia, które przebudza się po długim letargu. Tym punktem stają się siostry - matki Mary i Colina. Młodych bohaterów bardziej od opieki nad zaniedbanym ogrodem interesuje odkrywanie tajemnic zapisanych w listach obu kobiet. Tytułowy tajemniczy ogród zostaje zepchnięty do roli uroczego tła rodem z Instagrama: mami i czaruje bohaterów dlatego, że był ukochanym miejscem zmarłych kobiet (fotografujących się zresztą na jego tle 🙃). 

 

Matki Colina i Mary zostają opisane jako kochające i wielbiące życie, zawsze uśmiechnięte, radosne, wprost tryskające energią. I wszystko byłoby piękne, gdyby nie fakt, że twórcy filmu rzucają tą charakterystyką, pokazując nam widma kobiet... wystrojonych i biegających po korytarzach posiadłości w trakcie trwania przyjęć lub plotkujące w zaciszu wypielęgnowanego ogrodu. Tym samym afirmacja życia, jaka miała charakteryzować obie panie, z ukochania świata przyrody czy piękna świata jako takiego, zostaje sprowadzona do czerpania radości z tanich rozrywek, życia na świeczniku. Książkowa mama Colina miała być postacią ciepłą, troskliwą, dbającą i pielęgnującą tak ogród, jak i swoich bliskich. Filmowa matka bohatera zostaje nam ukazana poprzez swoje bogate i strojne suknie oraz dodatki (cały czas przechowywane w jej pokoju, nieruszone), a także w scenach z siostrą, gdy obie chichoczą i niczym trzpiotki biegają po całej posiadłości (wybaczcie złośliwość - tak jednak to według mnie wyglądało). Rozłąka kobiet miała być wreszcie przyczynkiem do śmierci matki Mary (twórcy sugerują nam coś w rodzaju depresji bohaterki - niewyobrażalną, prowadzącą do obłędu tęsknotę za ukochaną siostrą). 


Trudno nie odnieść wrażenia, że obie kobiety miały w nosie swoich mężów czy indywidualne, oderwane od siostry życie własne. Zostają ukazywane jako szczęśliwe wtedy, gdy są razem, nierozerwalne, jak papużki nierozłączki. Tym dobitniej ukazuje to jedna z końcowych scen, gdy ich duchy objawiają się Mary i jej wujowi: widma mają przekonać bohaterów, że teraz wszystko jest już dobrze, bo kobiety... są wreszcie razem. Nawet po śmierci - i już na wieczność. Biorąc pod uwagę to wszystko, pitolenie twórców o miłości kobiet do swoich dzieci, a przede wszystkim wmawianie nam bzdur o miłości matki Mary do swojej córki, jest albo bezczelnością, albo mocnym krótkowidztwem (żeby nie napisać głupotą). Jaka to bowiem miłość matki do dziecka, gdy rodzicielka nie poświęca wcale czasu córce, ignoruje ją i w efekcie umiera z tęsknoty za czasem spędzanym z siostrą? Co to za uczucie i silna więź, gdy dziecko jest odpychane i zostawione samo sobie, a "szczęśliwy" czas u boku rodzicielki to ten, gdy tamta była... ze swoją siostrą i jej dzieckiem? Mary tak bardzo łaknie choć skrawka uwagi utraconej matki, że gdy wyczytuje w jej listach ciepłe słowa na swój temat, wreszcie odzyskuje sens życia. Jej okrzyk "Mama mnie jednak kochała!" brzmi jednak absurdalnie. Na potwierdzenie tych słów nie mamy niczego poza... nakreślonymi w liście słowami. Tylko słowami. Gdzie czyny? Gdzie troska, uwaga? Gdzie matczyna czułość i zainteresowanie? Nawet tak ważne wyznanie w relacjach rodzic-dziecko Mary musiała "usłyszeć" z listu do swojej ciotki - osoby najważniejszej dla własnej matki. Kiepski to wzór matczynej miłości; historia Mary jest przez to jeszcze bardziej smutna (nie zapominajmy: na to wszystko w jednej z kluczowych scen wchodzi mama bohaterki, u boku mająca swoją siostrę - i przekonująca swoje dziecko, że jest WRESZCIE SZCZĘŚLIWA 🤦).


TOŻ TO ISTNE SZALEŃSTWO!

Tak jest: mama Colina i mama Mary objawiają się jako duchy zarówno dziewczynce, jak i jej wujowi. Scena ta jest dosyć dziwna i z jednej strony pokazuje podobieństwa między bohaterami (np. ich tęsknotę za zmarłymi kobietami), z drugiej jednak... pewien ich obłęd. Archibald Craven grany przez Colina Firtha nosi zresztą znamiona szaleńca. Nie tyle jest nieobecny z uwagi na częste podróże i zatracanie się w pracy (która ma choć trochę pomóc mu zapomnieć), co przebywa w posiadłości z innymi, ale albo zamyka się w swojej samotni i pije, albo wykrzykuje po korytarzach dziwaczne rozkazy dla służby (jak te, by wszystko spalić - meble, wyposażenie, wszystko). W punkcie kulminacyjnym historii bohater na tyle odlatuje psychicznie, że zaprósza ogień i doprowadza do pożaru całej posiadłości. Nie lepiej jest z Mary, która na początku mówi do siebie, opowiada sobie historie, tworzy własny zmyślony świat, a przypadkowe przedmioty stają się dla niej portalami do krainy fantazji. Dziewczynka ucieka tam, chowa się w świecie własnych imaginacji przed nieprzyjaznym światem realnym.

Odniesienia do imaginacji i świata zmyślonego są zresztą widoczne nie tylko w scenach fantazjowania Mary o czymś. Rozkwitający czy zamierający nagle tytułowy ogród (wiecie: w jednej chwili, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki) zdaje się reagować na stany emocjonalne dziewczynki. Tak jakby cała roślinność tajemniczego ogrodu nie była prawdziwa, a stanowiła jedynie wyobrażenie Mary. Gdy ta jest szczęśliwa - ogród wybucha, rośnie, oszałamia. Gdy jest smutna - wszystko zamiera, brązowieje i więdnie. Czy więc jesteśmy rzeczywiście w ogrodzie, czy może jednak wciąż siedzimy w głowie bohaterki, a wszystko, co się dzieje, jest jej sposobem widzenia świata? Co jest prawdą, a co fantazją? Co jest namacalne i żyje, a co jest jedynie ożywiane tęsknotą? Czy to my jesteśmy szaleni, czy z nas próbuje się zrobić szaleńców?


DLACZEGO TEN FILM JEST BEZNADZIEJNY?

Jeśli do tej pory nie pokazałam tego dobitnie, niech wystarczy prosta refleksja: chcesz poznać historię "Tajemniczego ogrodu" i nie dostajesz jej. Twórcy filmu wręczają Ci za to pięknie opakowaną i pomalowaną wydmuszkę, która tak bardzo chciała przyćmić i zachwycić to, co było przed nią, że w zasadzie nie prezentuje niczego. Oglądać z wyłączonym dźwiękiem można - z zatrzymywaniem pojedynczych kadrów, zwracaniem uwagi na piękne stroje czy detale scenografii. Ale ładne obrazki to nie wszystko. Aż wzdrygam się na myśl, że jakiś rodzic zechce puścić dziecku akurat tę "ekranizację", by pociecha poznała historię stworzoną przez Frances Hodgson Burnett. Co to będzie za profanacja! Niszczenie tak pięknej opowieści, przekłamywanie jej!

Więcej i bardziej nie znaczy bowiem lepiej.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz