9/25/2021

Jak wychować dziecko? Albo raczej: jak nie wychowywać dziecka?

Troska dorosłych o dzieci najczęściej sprowadza się do jednego: wychowania ich na najlepszych ludzi. Czy rozumiemy pod tym pojęciem bycie szczęśliwym, bogatym, zdrowym, dobrym to już niuans. Zależy nam bowiem przede wszystkim na tym, żeby wykonać swoją "pracę" (rodzica, wychowawcy, przewodnika np. duchowego) najlepiej, żeby wykształcić w dziecku te umiejętności lub przekazać mu te wartości, które przemienią go w najlepszą wersję siebie. Nie zawsze jednak nasze metody są dobre. A jeszcze gorzej, gdy wizja "najlepszego człowieka" jest na wyjściu nieodpowiednia... 🤔

 


Dopiero co rozpoczął się rok szkolny, a ja z niepokojem w sercu zaglądam do podręczników trzecioklasisty, żeby zobaczyć, co takiego ministerstwo uznało za stosowne przekazać mojemu synowi i jego koleżankom i kolegom. Pierwszoklasistki usłyszały na przykład z wierszyka Ewy Skarżyńskiej "Wszyscy mnie lubią", że warto robić wszystko, żeby inni nas lubili - że to czyni człowieka (a może po prostu dziewczynkę) szczęśliwym 🙄. I o ile warto podkreślać wagę takich przymiotów jak przyjacielskość, opiekuńczość, bycie pomocnym czy empatycznym, o tyle pokazywanie dziecku (a może po prostu dziewczynkom), że trzeba za wszelką cenę przypodobać się innym, jest szkodliwe. Ja tam byłam, więc wiem, czym to się kończy. Miałam recytować wierszyki, grzecznie dać się wycałować cioci na powitanie, słuchać starszych (nawet gdy nie mieli racji), rezygnować ze swojego zdania (jeśli akurat komuś nie pasowało), czekać na swoją kolej i tym podobne. W efekcie trudno mi dzisiaj walczyć o swoje i stawiać granice, a chęć zadowolenia jak największej liczby osób skończyła się traumą i potrzebą pilnej terapii. Skąd więc takie treści? Skąd pęd dorosłych do unieszczęśliwiania dzieci? 

Bo wychowanie to w wielu przypadkach projekt. Miejsce rzutowania czyichś ideałów, górnolotnych założeń. Chęć dorosłych do kształtowania dziecka, by te wyrosło na "porządnego" dorosłego. Społeczeństwo ma jakiś idealny obraz, tak samo dziadkowie, nauczyciele, ksiądz, rodzice. I wielu chce spełnienia tego ideału - albo chociaż zbliżenia się do niego. To ich misja, rola, powołanie. Kształtowanie młodego człowieka. Tylko że często takie podejście to... tresura. To realizacja założeń dorosłych, która nie dopuszcza do głosu głównego zainteresowanego: dziecka. Bo człowiek to żywa tkanka, to dynamika, to relacje, to pulsujące życie, a więc i... nieprzewidywalność oraz wyjątkowość, nieszablonowość. Nie ma na świecie dwóch takich samych osób - nawet bliźnięta mają inne linie papilarne. Każdy z nas jest inny. I to jest piękne.

Każdy ma prawo przeżyć życie po swojemu - każdy ma swoją własną szansę. Możemy jako rodzice chcieć uchronić swoje dzieci, zapewnić im najlepszą przyszłość, ale nie mamy prawa przejmować kontroli nad ich życiem - nasz głos nie powinien być ostateczny, decydujący, a postawa nieznosząca sprzeciwu. Dziecko musi upadać, żeby nauczyło się podnosić z ziemi. Musi mieć szansę się wypłakać, żeby później nie tłumić w sobie żalu lub bólu i by mogło cieszyć się całym sobą. Musi być kochane nawet, gdy się złości, bo to emocja jak każda, a wsparcie rodzica buduje bliskość i poczucie bezpieczeństwa. Musi mieć prawo powiedzieć "nie", musi zostać wysłuchane. Nie pielęgnujemy półludzi czy niedorozwinięte stworzenie, które staje się pełnoprawnym człowiekiem dopiero po kilkunastu czy kilkudziesięciu latach (dla niektórych rodziców nigdy). Ono jest nim od początku, a my powinniśmy być dla niego czymś w rodzaju przewodników po nowej, nieznanej krainie. Nie pouczać, nie rządzić, ale opowiadać, tłumaczyć, wyjaśniać i towarzyszyć w pięknej przygodzie odkrywania życia.

 

Wychowanie jest jak taniec. Trzeba się w nim dopasować do partnera. Dorosły musi wyrównać swoją racjonalność , przewidywalność ze spontanicznością dziecka.

- powiedział pięknie Piotr Bielski w wywiadzie dla nowego numeru "Psychologii dziecka".

 

To jednak podejście stosunkowo nowe (choć już Janusz Korczak wypowiadał się w tym duchu). Niestety, wciąż wielu dorosłych uważa, że wychowanie bez klapsa jest niemożliwe, że "dzieci i ryby głosu nie mają" lub że powinniśmy wpisać się w jakiś wzór, schemat, żeby zachowywać się "właściwie", żeby być "dobrym człowiekiem". Łatwiej kogoś szufladkować i oceniać niż otworzyć się i próbować zrozumieć (czasem coś, co nie mieści nam się w głowach, z różnych powodów: wychowania, innej kultury, dystansu społecznego albo wieku). Zabiegani w codzienności tęsknimy za tzw. "świętym spokojem", a ponieważ dzieci (zwłaszcza młodsze) są bezbronne, łatwiej nam nimi dyrygować, przezywać je, wymuszać posłuch - by się "słuchały" i by był spokój. Wreszcie żeby realizowały nasz plan wobec nich, żeby były powodem do dumy, dobrym człowiekiem, szczęśliwi. Cokolwiek którekolwiek z tych stwierdzeń znaczy 🤷‍♀️. Pal licho, kiedy robimy to w dobrej wierze i staramy się np. uczyć na własnych błędach, i kiedy rzeczywiście zależy nam na dobru dziecka, jego radości i szczęściu. Gorzej, gdy podchodzimy do małoletniego ze swoim projektem jego osoby. Kiedy niepytani, niezainteresowani zdaniem dziecka, jego emocjami czy potrzebami, zaczynamy wcielać w życie swój plan. "Zostaniesz lekarzem.", "Będziesz grzeczny.", "Nie pojedziesz na te wakacje ze znajomymi.", "Nie płacz.", "Nie dyskutuj." Ma być tak, jak rodzic (czy w ogóle dorosły) każe. Dzieci i ryby głosu nie mają. Wychowamy sobie dzieci, wychowamy młodzież na porządnych ludzi. Porządnych czyli jakich?


Podejście, że należy zaprogramować wychowanie dziecka oraz wtłoczyć wszystkie dzieci w ten sam model, który sprawdzi się u każdego (bo MUSI, bo nie dopuszcza się innej opcji) jest ogromną pułapką. Tworzy nieszczęśliwych dorosłych, choć przeprowadzony z rozmysłem pozwala wytworzyć posłuszne jednostki: czy to niepotrafiące sprzeciwić się rodzicowi wieczne dzieci, czy bezwolnych obywateli.

Dzieci chłoną jak gąbki, a od rodzaju wychowania i edukacji zależy, kim staną się w przyszłości, w co zostaną wyposażone jako ludzie. Skalę zjawiska doskonale oddaje to, co III Rzesza robiła z umysłami i sercami młodych ludzi - nie tylko nastolatków, również małych dzieci. Kiedy zaproponowano mi recenzję książki "Jak wychować nazistę. Reportaż o fanatycznej edukacji" Gregora Ziemera, wiedziałam, że nie będzie to lektura lekka. Z drugiej strony chciałam przekonać się, jak wyglądało masowe wychowywanie do nienawiści. 

 


Gregor Ziemer był dyrektorem Szkoły Amerykańskiej w Berlinie; swój reportaż rozpoczyna od wspomnienia, jak po skończonych lekcjach grupka niemieckich uczniów zaczęła znęcać się nad żydowskimi dziećmi, które opuściły mury jego własnej placówki. Nikt specjalnie nie reagował ani nie przejmował się sytuacją - to była III Rzesza, atakowani kamieniami uczniowie byli obcy, niepożądani, a u niemieckiej młodzieży pielęgnowano poczucie wyższości ("To Niemcy powinny rządzić światem!"). Urzędnicy umywali ręce, niektórzy nie kryli się ze swoimi poglądami. Tamten "ponury zimowy dzień w Berlinie" ostatecznie nakłonił Ziemera do wyprawy, którą planował od 1933 roku: odwiedzenia placówek edukacyjnych III Rzeczy, by na własne oczy przekonać się, w jaki sposób indoktrynowano dzieci i młodzież. Udało mu się. W 1939 roku dotarł do domów matki i dziecka, szpitali sterylizacyjnych, izb dla noworodków, niemieckich szkół i uniwersytetów, był na szkoleniach członków Jungvolk czy Hitlerjugend. Obserwował czteroletnich chłopców z zabawkowym karabinem w ręce, którzy marzyli o zabiciu jakiegoś Francuza, dziewczęta fantazjujące o urodzeniu jak największej ilości dzieci ku chwale Fürera (najlepiej synów - by mogli umierać za Wodza) czy nieznających litości młodych mężczyzn przekonanych o wyższości i niezłomności własnej narodowości. Wszystko, łącznie z dialogami, przedrukiem cytatów z podręczników czy czytanej w szkołach literatury, znalazło się w jego skrupulatnie stworzonym reportażu. Reportażu będącego dokumentem, "który pokazuje, jak można człowieka pozbawić wolności wewnętrznej, przekonać do zabijania Innych, a on pozostaje radosny i szczęśliwy", jak ujął to w podtytule do swojego wstępu Bogdan de Barbaro, polski psychiatra (a także ojciec Natalii de Barbaro - autorki "Czułej przewodniczki"!).


Wielu (mam przynajmniej taką nadzieję) doskonale wie, ile zła wyrządziła ideologia III Rzeszy - podejście, że Niemcy są narodem wybranym, jedynym zdolnym nieść kaganek kultury reszcie świata. Krajem silnym, nieznającym strachu i słabości. Krajem niesprawiedliwie osądzonym i traktowanym - który musi teraz pokazać reszcie swoją wielkość. Wszyscy inni stawali się wrogami - jeśli nie bezpośrednio, jeśli nie z marszu skazanymi na zagładę, to przynajmniej gorszymi, z których Niemiec ma prawo się pośmiać, wytknąć palcami. Inne równało się złe.

Znamy tę narrację. Kojarzymy ją z filmów, wycieczek do Auschwitz, zatrważających statystyk z podręczników do historii czy mrocznych opowieści z książek. A jednak tamte wydarzenia, w zasadzie nieodległe (nie minęło nawet 100 lat, wciąż jeszcze żyją ludzie je pamiętający), zdają się być jakimś dawnym echem, duchem, który nawiedza, ale z którym nie mamy za wiele wspólnego. Czy jednak na pewno? Wciąż mam w głowie wystąpienie Mariana Turskiego, byłego więźnia Auschwitz, który w trakcie uroczystości z okazji 75. rocznicy wyzwolenia obozu Auschwitz-Birkenau przytoczył słowa obecnego tam zresztą prezydenta Austrii Alexandera Van der Bellena: „Auschwitz ist nicht vom Himmel gefallen” - Auschwitz nie spadło z nieba.

 - No jasne, że nie spadło z nieba  - mówi Turski. - Może się to wydawać banalnym stwierdzeniem, ale jest w tym głęboki i bardzo ważny do zrozumienia skrót myślowy. Przenieśmy się na chwilę myślami, wyobraźnią we wczesne lata 30. do Berlina. 

Znajdujemy się prawie w centrum miasta. Dzielnica nazywa się Bayerisches Viertel, Bawarska Dzielnica. Trzy przystanki od Kudammu, ogrodu zoologicznego. Tam, gdzie dziś jest stacja metra, jest Bayerischer Park – Park Bawarski. I oto jednego dnia w tych wczesnych latach 30. na ławkach pojawia się napis: „Żydom nie wolno siadać na tych ławkach”. Można powiedzieć: nieprzyjemne, nie fair, to nie jest OK, ale w końcu jest tyle ławek dookoła, można usiąść gdzieś indziej, nie ma nieszczęścia.

Była to dzielnica zamieszkała przez inteligencję niemiecką pochodzenia żydowskiego, mieszkali tam Albert Einstein, noblistka Nelly Sachs, przemysłowiec, polityk, minister spraw zagranicznych Walther Rathenau. Potem w pływalni pojawił się napis: „Żydom zabroniony wstęp do tej pływalni”. Można znów powiedzieć: nie jest to przyjemne, ale Berlin ma tyle miejsc, gdzie można się kąpać, tyle jezior, kanałów, prawie Wenecja, więc można gdzieś indziej.

Jednocześnie gdzieś pojawia się napis: „Żydom nie wolno należeć do niemieckich związków śpiewaczych”. No to co? Chcą śpiewać, muzykować, niech zbiorą się oddzielnie, będą śpiewali. Potem pojawia się napis i rozkaz: „Dzieciom żydowskim, niearyjskim nie wolno bawić się z dziećmi niemieckimi, aryjskimi”. Będą się bawiły same. A potem pojawia się napis: „Żydom sprzedajemy chleb i produkty żywnościowe tylko po godzinie 17”. To już jest utrudnienie, bo jest mniejszy wybór, ale w końcu po godzinie 17 też można robić zakupy.

Uwaga, uwaga, zaczynamy się oswajać z myślą, że można kogoś wykluczyć, że można kogoś stygmatyzować, że można kogoś wyalienować. I tak powolutku, stopniowo, dzień za dniem ludzie zaczynają się z tym oswajać – i ofiary, i oprawcy, i świadkowie, ci, których nazywamy bystanders, zaczynają przywykać do myśli i do idei, że ta mniejszość, która wydała Einsteina, Nelly Sachs, Heinricha Heinego, Mendelssohnów, jest inna, że może być wypchnięta ze społeczeństwa, że to są ludzie obcy, że to są ludzie, którzy roznoszą zarazki, epidemie. To już jest straszne, niebezpieczne. To jest początek tego, co za chwilę może nastąpić.

(Całe wystąpienie można przeczytać TUTAJ.)


Bogdan de Barbaro zauważył, że przydatni w zmianie psychologicznej ludzi są "(...) cyniczni politycy, konformistyczni dziennikarze czy sprzeniewierzający się wartościom chrześcijańskim księża. Oni opowiedzą nam, że jesteśmy niezwykle, a może nawet wyjątkowo dobrzy, dzielni, ale przez Innych krzywdzeni i że oni obronią nas przed wrogami. I to nasze poczucie krzywdy, lęki i agresja zostaną politycznie zagospodarowane." (s. 12) W napisanym przez niego wstępie padają też słowa, które pozostają w człowieku na długo: 

 

Czytając tę książkę, konfrontujemy się z niezwykle współcześnie i boleśnie brzmiącymi pytaniami: Czy w procesie wychowawczym osoby odpowiedzialne za system wartości młodego człowieka kładą nacisk na otwartość wobec różnorodności świata czy odwrotnie: zniechęcają do tego, co Inne? Czy zachęcają do zaciekawienia i twórczej niepewności, czy odwrotnie: przedstawiają uproszczony, doktrynalny i zero-jedynkowy obraz świata? Czy tworzą warunki do relacji empatycznych, czy odwrotnie: poprzez wskazywanie kozła ofiarnego nagradzają postawy agresywne, wykluczające? W zależności od tego, jaki styl pedagogiczny przyjmują wychowawcy, tacy będą ich wychowankowie: otwarci, twórczy, życzliwie zaciekawieni tym, co Inne, lub fanatycznie zamknięci we własnych wyobrażeniach i skłonni do agresywnego ataku na to, co pozostaje w niezgodzie z ich wizją świata. Innymi słowy: wychowanie ku miłości czy ku nienawiści? Wychowanie ku życiu czy ku śmierci?

Bogdan de Barbaro, "Wstęp (do dokumentu, który pokazuje, jak można człowieka pozbawić wolności wewnętrznej, przekonać do zabijania Innych, a on pozostaje radosny i szczęśliwy)" 

(w: Grgor Ziemer, "Jak wychować nazistę", s. 8)

 

Od kilku lat obserwuję, w jaki sposób dzieli się Polaków, jak próbuje się ludziom wmówić, że ktoś myślący inaczej jest zły, jak ludzie są odczłowieczani, bo sprowadzani do "ideologii". Męczy mnie dyskutowanie z tymi, którzy są zamknięci na rozmowę i poznanie zdania drugiej strony. Którzy uparcie (choć skutecznie, tego im odmówić nie można) stosują metodę zdartej płyty i idą w zaparte.


Mam w rodzinie i wśród bliskich znajomych osoby nieheteronormatywne - to wspaniałe, wrażliwe osoby, które nie mogą jednak w pełni cieszyć się życiem, bo spotykają się z wyzwiskami, ocenami. Obecnie dzielą swoje życie na pół, tworzą dwa scenariusze na życie - ot, na wszelki wypadek. Albo się uda i będzie się dało żyć w naszym kraju, albo będą zmuszeni emigrować. Niektórzy myślą o śmierci.

 

Skończyłam niedawno czytać ostatni tom cyklu "Supercepcja" - opowiadającego o przygodach kilku jedenastolatków posiadających niezwykłe moce. Każde z tych dzieci jest inne, wyróżnia się, przez co jest raczej outsiderem, nierzadko bywa wyśmiewane. Próbują sobie radzić z poczuciem samotności, aż do czasu, gdy... spotykają siebie nawzajem. Pod koniec serii jedna z bohaterek, Julka, mówi do przyjaciół:

 - Wiecie, ja zawsze, odkąd pamiętam, chciałam być normalna. Marzyłam, żeby nie chodzić w rękawiczkach, nie mieć siniaków od lekkiego dotknięcia, żeby mnie nie bolało, jak chodzę na bosaka po plaży. Marzyłam, żeby spotkać dobrą wróżkę, która by mnie odczarowała. Ale zamiast wróżki spotkałam was. Klarę, Zosię, Tymona, Janka, Aurelię i Aureliusza. I wy mnie odczarowaliście. Bo z wami poczułam się nie tylko normalna, ale też wyjątkowa. Doceniłam to. 

 Katarzyna Gacek, "Supercepcja. Wielka ucieczka"

 

Tacy właśnie bądźmy - dla swoich dzieci, dla innych dookoła siebie. Bądźmy tymi, którzy odczarowują. Którzy sprawiają, że człowiek po drugiej stronie czuje się nie tylko normalny, ale też wyjątkowy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz